Skocz do zawartości

Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!

LM.plWiadomościAnatomia buntu: Jak metropolie hodują radykalizm w byłym woj. konińskim

Anatomia buntu: Jak metropolie hodują radykalizm w byłym woj. konińskim

Dodano:
Anatomia buntu: Jak metropolie hodują radykalizm w byłym woj. konińskim
OPINIA

Przez dziesięciolecia subregion koniński karmił Polskę prądem. W szczytowych momentach działalności Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin dostarczał blisko 10% energii elektrycznej dla całego kraju. Co dziesiąta kilowatogodzina napędzająca fabryki w Warszawie, rozświetlająca neony w Poznaniu czy ogrzewająca domy w centralnej Polsce pochodziła z pracy rąk naszych mieszkańców i z węgla wydartego naszej ziemi.

Dziś, gdy kurtyna węgla brunatnego opada, pora nazwać rzeczy po imieniu. Nie byliśmy dla centrum partnerem. Byliśmy kolonią. W nauce i publicystyce nazywa się to „kolonializmem wewnętrznym” - to sytuacja, w której wewnątrz jednego państwa wielkie i bogate metropolie bogacą się jeszcze bardziej, bezwzględnie eksploatując słabsze prowincje. Byliśmy taką właśnie surowcową bazą, z której wysysano zasoby naturalne, pozostawiając nam po latach zgliszcza: zdegradowane środowisko, leje depresyjne i wyschnięte jeziora.

Dziś, gdy stara kopalnia i Elektrownia Adamów w Turku przeszły do historii, a Pątnów wygasza ostatnie bloki, ten kolonializm wchodzi w nową fazę - fazę drenażu kapitału ludzkiego i infrastrukturalnego porzucenia. Nie ma co się łudzić i zaklinać rzeczywistości. Planowane nowoczesne elektrownie gazowe będą w stanie zatrudnić zaledwie ułamek tych osób, które dotychczas pracowały w kopalniach i na węglowych blokach. Ten technologiczny przeskok nie wchłonie setek zwalnianych pracowników, a obietnice zielonych miejsc pracy nie przykryją tego faktu.

A co otrzymujemy w zamian jako rekompensatę za te dekady poświęceń? Listek figowy w postaci haseł o „sprawiedliwej transformacji”.

Prawdziwe oblicze tej „sprawiedliwości” obnażają jednak fakty. Odebranie nam programu Kolej+, który miał być impulsem do wyrwania Turku z komunikacyjnego niebytu oraz rozwoju ekonomicznego, to pierwszy z brzegu dowód. Należy tu od razu podkreślić jedno: analizowane obecnie, zastępcze połączenie autobusowe na trasie Turek-Konin w najmniejszym stopniu nie rozwiąże głębokiego problemu wykluczenia komunikacyjnego naszego powiatu. To zaledwie plaster naklejony na otwarte złamanie po stracie szansy na prawdziwą kolej. Kolejnym dowodem na naszą marginalizację jest bezlitosna statystyka Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg (RFRD 2026). Nasz region dostał ochłapy, większość zgarnęła aglomeracja poznańska, a powiat turecki i jego gminy został na liście podstawowej z zerem zadań.

Jesteśmy świadkami powrotu do najgorszej wersji tzw. modelu polaryzacyjno-dyfuzyjnego. To błędna teoria, według której rządzący uważają, że najlepiej pompować niemal wszystkie pieniądze w potężne ośrodki (jak Warszawa czy Poznań), licząc, że bogactwo z czasem samo „rozleje się” na mniejsze regiony. Praktyka pokazuje jednak, że nic się nie rozlewa. Metropolie po prostu nas wysysają z resztek pieniędzy i z młodych ludzi, szukających tam lepszego życia. Jest to całkowite zaprzeczenie zasady zrównoważonego rozwoju, która mówi wprost: każdy mieszkaniec Polski, niezależnie czy mieszka w stolicy, czy w powiecie tureckim, ma prawo do inwestycji, dobrych dróg i równego traktowania przez państwo. Metropolia syci się milionami, a peryferia lądują w poczekalni.

W tym kolonialnym układzie sił szczególna, wręcz tragiczna rola przypada lokalnym politykom formacji rządzącej. Czas wreszcie zdjąć maski. W tym systemie czołowy poseł z opcji rządzącej w naszym regionie przestał być ambasadorem interesów Wschodniej Wielkopolski w Warszawie. Stał się kimś zgoła innym. Lokalnym zarządcą z nadania Warszawy, którego jedynym zadaniem jest uspokajanie nastrojów tubylców.

Te kuriozalne i bezsilne apele rad gmin i powiatów o budowę elektrowni atomowej w Koninie, to nic innego jak polityczne paciorki rzucane kolonii, by nie podniosła buntu. To tworzenie iluzji działania. Rządzący parlamentarzysta, zamiast twardo negocjować w gabinetach premiera strategiczne inwestycje dla regionu, organizuje pisanie listów intencyjnych przez lokalnych samorządowców. To nie jest walka lwa. To rola administratora, który ma dbać o to, by marginalizowani mieszkańcy zbyt głośno nie krzyczeli.

Jednak historia pokazuje, że peryferie potrafią się zbuntować, a lekceważona kolonia potrafi wymierzyć metropolii potężny cios tam, gdzie boli najbardziej. W dzisiejszych czasach przy urnie wyborczej.

Przypomnijmy warszawskim i poznańskim salonom historię tego regionu. Gdy na początku lat dwutysięcznych transformacja doprowadziła tu do fali bezrobocia, a obietnice SLD okazały się wydmuszką, Wschodnia Wielkopolska eksplodowała gniewem, dając w 2005 roku potężne, historyczne poparcie populistycznej Samoobronie i Alfredowi Budnerowi. Gdy dekadę później region poczuł się zapomniany przez liberalne elity, stał się żelaznym bastionem Prawa i Sprawiedliwości, gdzie w powiecie tureckim poparcie dla tej partii szybowało w granicach 60%.

Dziś, ignorując nasze potrzeby, odbierając nam kolej, nie przyznając środków na drogi i klucząc w sprawie atomu, Koalicja Obywatelska na własne życzenie hoduje w naszym regionie kolejną, jeszcze potężniejszą falę politycznego radykalizmu.

Jeśli twarze obecnej władzy w regionie i ich formacja myślą, że mieszkańcy Turku, Konina i Koła będą potulnie patrzeć na zwijanie regionu pod dyktando Warszawy, to głęboko się mylą. Sfrustrowani, wywłaszczeni z poczucia bezpieczeństwa i oszukani przez fasadową transformację ludzie nie wybiorą w kolejnych wyborach „grzecznych” partii środka. Swój głos oddadzą na tych, którzy ten system obiecują zdemolować. To samo wydarzy się w wyborach do Sejmiku Województwa Wielkopolskiego.

W następnej kadencji Wschodnią Wielkopolskę w Warszawie z dużym prawdopodobieństwem reprezentować będzie twardy, zmobilizowany blok PiS-u oraz radykalna Konfederacja i Ruch Grzegorza Brauna. Ludzie wybiorą ich nie z miłości do radykalizmu, ale z czystej desperacji. Jako jedyną dostępną formę odwetu na metropolii, która najpierw nas wyeksploatowała, a potem o nas zapomniała.

Zarządcy kolonii rzadko przechodzą do historii jako jej bohaterowie. Jeśli reprezentujący nas obóz władzy nie zacznie w Warszawie ryczeć jak lew o nasze drogi, o nasz atom i o naszą kolej, zbliżający się polityczny rachunek wystawiony przez mieszkańców zmiecie ich z mapy politycznej tego regionu. I będzie to rachunek w pełni zasłużony.

Na koniec przypomnę, jak pewien parlamentarzysta głosił kiedyś na łamach lokalnej prasy doktrynę, że lepszy dla regionu jest „poseł-spadochroniarz” niż ktoś „pierdołowaty stąd”. Nie godzę się na żadną z tych opcji. Nasz region zasługuje w końcu na kogoś, kto nie tylko doskonale zna nasze potrzeby, ale przede wszystkim potrafi je skutecznie wywalczyć w parlamencie i rządzie, zamiast chować się za apelami lokalnych radnych. I na takiego posła z naszej ziemi czekam.

Marcin Derucki, Radny Rady Miejskiej Turku

Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole