Butelkomaty w Koninie się psują, kolejki rosną, ale efekty już widać
Recykling odpadów

Wymiernym rezultatem wprowadzenia butelkomatów jest zmniejszenie o ponad jedną czwartą ilości objętych tym systemem opakowań plastikowych i puszek aluminiowych. To dobra informacja, ale zła jest taka, że objętość wywożonych na składowisko odpadów z tworzyw sztucznych pozostaje na tym samym poziomie co wcześniej.
Dzieje się tak dlatego, że więcej teraz wrzucamy do żółtych pojemników „folii, opakowań po chemii gospodarczej oraz opakowań wielomateriałowych tak zwanych kartoników”, informuje Miejski Zakład Gospodarki Odpadami Komunalnymi w Koninie. I jest to tendencja zgodna z przewidywaniami specjalistów, którzy szacują, że śmieci – jak zwykliśmy na co dzień je nazywać – będziemy produkować coraz więcej. I o ile w 2025 roku Polacy wytworzyli 14,2 mln ton odpadów (381,6 kg każdy, łącznie z niemowlętami) to za ćwierć wieku będzie to już prawie 18 mln ton!
Pomijając szkody, jakie naszemu otoczeniu, tak najbliższemu, jak i szeroko rozumianemu przyrodniczemu wyrządza ta masa śmieci, mówimy tu o 18 milionach ton surowców, z których bardzo wiele dałoby się odzyskać i wykorzystać ponownie. W krajach, które dłużej od nas pracują nad wdrożeniem gospodarki obiegu zamkniętego – na przykład w Holandii, Niemczech czy nawet Słowenii - już znacznie ponad połowa odpadów wykorzystywana jest ponownie. W Polsce to wciąż niespełna połowa, choć statystyki mówią o osiągnięciu 50 procent. Ale jest to raczej rezultat twórczej interpretacji pojęcia recyklingu w sprawozdaniach gmin, którym narzucono na ten rok próg 55 proc. odzyskanych odpadów.
Wróćmy do butelkomatów i recyklingu w praktyce, bo w przestrzeni internetowej można znaleźć sporo narzekań na konieczność czekania w kolejkach wynikających nie tylko z dużej liczby chętnych ale i częstego psucia się tych urządzeń. Kiedy podszedłem wczoraj pod jeden ze sklepów, żeby zrobić zdjęcie do tego artykułu, na odetkanie (bo najczęściej do tego sprowadza się problem) butelkomatu czekały dwie osoby z torbami pełnymi opakowań.
Ludzie cierpliwie zbierają w domu te wszystkie butelki i puszki, a potem wrzucają je po kolei do otworu maszyny, czekając od czasu do czasu w kolejce, ponieważ chcą odzyskać kaucję. I nie ma lepszego sposobu na zachęcenie ludzi, by nie śmiecili, jak przemówić do ich kieszeni. To jest raczej oczywiste dla wszystkich a szczególnie tych, którzy mieli okazję sprawdzić funkcjonowanie gospodarki socjalistycznej opartej na przekonywaniu ludzi do działania dla dobra wszystkich – zakładu pracy, miasta, państwa a nawet ludzkości. Najczęściej bezskutecznym.
I nawet w tym systemie udawało się zbierać opakowania właśnie dzięki systemowi kaucji. Ponieważ w czasach mojego dzieciństwa plastiku było niewiele, w okolicach ławek, w krzakach kolejowego parku i paru innych miejscach zbierałem butelki po wódce, za których oddanie do sklepu monopolowego na czwartym osiedlu, zwanego drewniakiem, dostawałem po złotówce od sztuki. Jeśli uzbierałem 20 złotych, kupowałem za to w kiosku stemplowane znaczki pocztowe albo kolorowe długopisy po 5 zł za cztery sztuki lub inne atrakcyjne dla dziesięciolatka gadżety.
I do głowy mi nie przyszło, że to zbieranie i noszenie do punktu skupu butelek można uznać za czynność upokarzającą. A tak właśnie to widzi autor (lub autorka) pewnego profilu na portalu społecznościowym, która na co dzień dość dowcipnie komentuje rzeczywistość, ale z tej kwestii zrobiła problem polityczny. Kazała bowiem sztucznej inteligencji wygenerować obraz bardzo zniszczonego pana z workiem pełnym plastikowych butelek, pytając, czy państwo go w ten sposób nie upokarza, zamiast zapewnić mu pracę na etacie za biurkiem za godziwe wynagrodzenie. I kończy je pytaniem do obserwatorów, czy winna jest temu Koalicja Obywatelska, czy raczej PiS.
Nasuwa się dość oczywista w tym kontekście odpowiedź, że pan ten – jak wielu mu podobnych – najprawdopodobniej woli zbieranie butelek od jakiejkolwiek pracy, która przeszkadzałaby w oddawaniu się zajęciom dużo przyjemniejszym od siedzenia za biurkiem. A porzucone przez leniwych czy też na tyle zamożnych obywateli, że gotowi są wyrzucić 50 groszy, opakowania dostarczają im fundusze na jedzenie i płyny pozwalające wprowadzić – cytując Jana Himilsbacha - element baśniowy do rzeczywistości.
Mamy więc z jednej strony bałaganiarzy, z drugiej materialną zachętę, żeby opakowania z tworzyw sztucznych oddawać do butelkomatów a nawet zbierać je na ulicy lub w śmietnikach. Dzięki temu na ulicach jest czyściej a miasto mniej wydaje na gospodarowanie odpadami, bo ostatecznie koszty obciążają producentów opakowań.
Bez tego będzie jak z tak zwanymi małpkami, czyli małymi buteleczkami po alkoholu, których zatrzęsienie wala się w każdym możliwym miejscu. Albo odpadami tekstylnymi i obuwiem, które winniśmy oddawać do PSZOK-u lub pojemników rozstawionych na mieście. Tymczasem wciąż je widać w kontenerach z odpadami zmieszanymi a nawet pozostawione na pojemnikach, zapewne z intencją, żeby zabrał je sobie ewentualnie ktoś, komu jeszcze się mogą przydać. Bo bez materialnej zachęty albo groźby kary to nie działa.
Powyższe nie unieważnia oczywiście obserwacji, że system nie jest idealny. Ale lepszy taki niż żaden i śmieci fruwające oraz walające się między domami albo – co jeszcze gorsze - płonące wysypiska.
Dziękujemy za Twoją obecność. Obserwuj nas w Wiadomościach Google, aby być na bieżąco.








