Ile wina mógł wypić piętnastolatek, kiedy Edward Gierek wizytował Konin
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Pół wieku temu szykowaliśmy się do rozstania z podstawówką. Ale zanim otrzymaliśmy świadectwa i nastąpiło uroczyste pożegnanie, wywinęliśmy – to znaczy męska część naszej klasy - numer, który sprawił, że przez ostatnie tygodnie rozmawialiśmy z naszą wychowawczynią głównie o ilości wina, jaką jest w stanie wypić piętnastolatek.
Pretekstem do napisania tego tekstu jest nie tylko pięćdziesiąta rocznica zakończenia przez moją klasę Szkoły Podstawowej nr 6. Poprzedzające ten dzień cztery lata - od września 1972 roku do czerwca 1976 roku - były bowiem bardzo ważne również dla Konina, a na tle przemian naszego miasta przeżywaliśmy swoje dorastanie, w czym towarzyszyła nam nowa wychowawczyni - Zdzisława Kubacka (fot. 1).
Awans na młodzież
Po pierwszej komunii, kiedy wdzialiśmy garnitury i białe sukienki, przejście do piątej klasy było kolejnym krokiem od dziecięctwa do dorosłości. Opuszczając „Naszą Panią” Sabinę Terską i jej salę nr 1 na parterze, gdzie razem z pierwszakami goniła się bezładnie pozostała dzieciarnia, awansowaliśmy na drugie piętro. Włączając się podczas przerw w krąg spacerujących w kółko po korytarzu uczniów, staliśmy się młodzieżą.
W tamtym czasie ministerstwo oświaty wymyśliło, że dla zdrowia dzieci i młodzieży dobrze będzie przerwać lekcję mniej więcej w połowie jej trwania i urządzić uczniom parominutową gimnastykę. Obwieszczono nam o tym zaraz na pierwszym w nowym roku szkolnym apelu, z którego w szkolnej kronice zachowało się zdjęcie (fot. 2), choć nas na nim nie widać. Ponieważ większość nauczycieli nie była do tych śródlekcyjnych wygibasów przekonana, a i my nie byliśmy nimi zachwyceni, po jakimś czasie wszyscy o nowym wynalazku władz oświatowych zapomnieli.
Uwielbienie dla... liczb
Zdzisława Kubacka miała wtedy niespełna 28 lat, a w Szkole Podstawowej nr 6 pracowała dopiero od trzech, ale dla jedenastolatków była poważną panią. Nawet nie wiedzieliśmy, że ma 4-letniego syna i właśnie ze względu na niego dwa lata wcześniej prosiła o przeniesienie do Szkoły Podstawowej nr 8 na piątym osiedlu, do której ze swojego bloku miała tylko dwieście metrów, bo teraz musiała codziennie pokonywać prawie półtora kilometra. Na szczęście dla nas władze oświatowe nie zgodziły się na tę zamianę.
Dla mnie Zdzisława Kubacka miała jeszcze jedną wielką zaletę – uczyła matematyki. Owszem, miałem piątki z języka polskiego, ale dobre oceny za wypracowania czy dyktanda traktowałem jako rzecz oczywistą, bo przychodzącą bez żadnego wysiłku. Moją prawdziwą namiętnością były natomiast liczby i wszystkie te fascynujące operacje, które można z nimi przeprowadzać. To był bodaj najważniejszy – obok twardego charakteru i poczucia sprawiedliwości oraz posągowej urody – powód, dla którego tak podziwiałem a nawet wielbiłem naszą wychowawczynię.
Gole w kolorze
Te cztery lata spędzone w Szkole Podstawowej nr 6 pod jej czujnym okiem to był niezwykle ważny czas również dla całego Konina, o czym w wielu tekstach tutaj pisałem. Biegaliśmy bowiem regularnie na świeżo uruchomioną (w lipcu 1971 r.) pierwszą w Koninie pływalnię (fot. 3), słuchaliśmy w Dzienniku Telewizyjnym o wizycie w Koninie pierwszego sekretarza Edwarda Gierka z okazji uruchomienia walcowni aluminium, a zaraz potem cieszyliśmy się z otwarcia nowego szpitala.
We wrześniu 1973 roku oglądaliśmy w otwartej zaledwie rok wcześniej kawiarni Domu Kultury „Oskard” mecz polskich piłkarzy w ramach eliminacji do mistrzostw świata w Niemczech. Znaleźliśmy się w elitarnym gronie szczęściarzy, którzy na kolorowym ekranie – zdecydowana większość z nas po raz pierwszy w życiu - podziwiali trzy gole strzelone Walijczykom, ponieważ Wojciech Jankowski, pierwszy szef kopalnianej placówki kultury, był ojcem Mariusza z naszej klasy.
Szkoła się wali
Do emocji z powodu meczu dołączyła się radość wynikająca z zawieszenia do końca tygodnia zajęć szkolnych, bowiem rzeczoznawcy z Politechniki Poznańskiej orzekli w tym samym czasie, że liczący sobie zaledwie dziesięć lat budynek naszej szkoły grozi... zawaleniem. Przez następny rok razem z naszą wychowawczynią i pozostałymi nauczycielami zmuszeni byliśmy korzystać z gościnnych murów najpierw Ósemki, potem Trójki, aż w styczniu 1974 znaleźliśmy na dłużej schronienie w starych barakach tuż przy skrzyżowaniu Alei 1 maja i ulicy Dworcowej, gdzie właśnie (a dokładnie w październiku 1973 r.) założono pierwszą w Koninie sygnalizację świetlną.
W grudniu żywo dyskutowaliśmy awans bokserów Zagłębia Konin do pierwszej ligi a kilka dni później z dumą przyjęliśmy wieść, że nasze miasto zostało wyłączone z powiatu konińskiego i samo stało się powiatem. Nie wiedzieliśmy oczywiście, bo nas to nie interesowało, że Henryk Kazimierczak – późniejszy pierwszy wojewoda koniński – został przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej a Zofia Zamojska naczelnikiem Miasta i Powiatu Konińskiego.
Od hotelu do województwa
Kiedy na początku stycznia 1974 roku przeniesiono nas do baraków, po drugiej stronie ulicy stał już gotowy do otwarcia 10-piętrowy hotel „Konin” (fot. 4). Z uwagą obserwowaliśmy budowę drugiej jezdni ulicy Dworcowej (fot. 5), co było dla nas dowodem na to, że Konin staje się dużym miastem, a w maju ruszyły pierwsze podmiejskie pociągi, którymi jeszcze tego samego lata jeździliśmy na plażę w Pątnowie. W lipcu nastąpiła prawdziwa kumulacja wydarzeń: otwarto wreszcie Domy Towarowe „Centrum” (fot. 6), pawilon handlowy „Jubilat”, zwany dzisiaj „Rondo” oraz wielki stadion przy żelaznym moście.
Pogoda bywa kapryśna – kliknij teraz i sprawdź prognozę, żeby nie dać się jej przechytrzyć!















