„Konin” na wzburzonych morzach i oceanach w relacji Zofii Zamojskiej
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

W kwietniu minęło 30 lat od dnia, kiedy statek dumnie noszący na burcie nazwę „Konin” został wyciągnięty na brzeg i pocięty na złom, kończąc tym samym swój żywot. Z niespełna trzech dekad jego żeglugi po morzach i oceanach w lokalnych archiwach zachował się pełny zapis tylko jednego rejsu.
W pierwszej części opowieści o jedynym statku noszącym imię naszego miasta obiecałem, że wkrótce dokończę jego historię. Liczyłem wtedy na kontakt z moim redakcyjnym kolegą z „Wielkopolskiego Zagłębia”, który na „Koninie” bywał i o nim pisał. Niestety Janusz Kajda nie mieszka już w Koninie i nie udało mi się z nim skontaktować. Niepowodzeniem zakończyły się również poszukiwania albumu z rejsu, w którym wzięła udział Zofia Zamojska, matka chrzestna „Konina”, która w 1968 roku była wiceprzewodniczącą Powiatowej Rady Narodowej, a od 1973 roku naczelniczką Urzędu Miasta i Powiatu Konin. Album trafił do rąk Ryszarda Nijakowskiego, dyrektora Szkoły Podstawowej nr 12, który kilka miesięcy po zakończeniu rzeczonego rejsu przebywał na okręcie. Janusz Kajda napisał, że album trafił do gabinetu geograficznego, ale w szkole nic o tym nie wiedzą.
Siedem pań i Monika
Matka chrzestna „Konina” – podobnie jak członkowie rodzin załogi – miała prawo do udziału w rejsie tym drobnicowcem co trzy lata. Skorzystała jednak z tego przywileju dopiero w 1983 roku, kiedy przeszła już na emeryturę, bo taka wyprawa trwała przeważnie około czterech miesięcy. W swój 31. rejs „Konin” wyruszył z Gdyni 9 listopada 1983 roku. Oprócz 37 członków załogi, na pokładzie statku znajdowało się jeszcze osiem pasażerek: najmłodsza wśród nich 6-letnia Monika, córka trzeciego mechanika z mamą, cztery inne żony marynarzy, pracownica armatora w podróży służbowej i Zofia Zamojska.
W drodze do Cieśniny Gibraltarskiej zatrzymali się po kilka dni w portach Hamburga, Bremy i Antwerpii, co pasażerki wykorzystały na zwiedzanie zachodnioeuropejskich metropolii. I zapewne nie tylko zwiedzanie. W drodze złapał ich niezbyt silny sztorm, ale że był pierwszy w tej podróży, na chrzestnej statku zrobił wrażenie:
„Kiwało całą noc, różne przedmioty przesuwały się, spadały, robiły sporo hałasu. O spaniu nie było mowy”.
Szybko okazało się, że morze ma dla nich jeszcze mocniejsze atrakcje:
„W Kanale La Manche, a potem jeszcze przez dwie doby na Atlantyku rzucało naszym poczciwym „Koninem" na wszystkie możliwe strony. Nawet najwytrwalsi z załogi już trochę przybledli, że o pasażerach nie wspomnę”.
Stuknięcie w milicjantów
Kiedy załoga statku była zajęta pracą, pasażerki – poza posiłkami – spotykały się na seansach filmowych lub magnetowidowych. Ponieważ radio nie łapało już sygnały z Warszawy a o internecie nikt jeszcze nie słyszał, wiadomości o kraju czerpano z wydawanej na statku każdego dnia gazetki „Glos Marynarza”. 30 listopada zawinęli do baskijskiego Bilbao w północnej Hiszpanii, gdzie pasażerki zostały zaskoczone przez wysokie ceny i jeszcze wyższe - szczególnie w kontraście do polskiego grudnia – temperatury.
Podczas kolejnego seansu filmowego w mesie – w repertuarze są przeważnie tylko stare pozycje, ale nikomu to nie przeszkadza – steward pożalił się, że w Koninie (mieście, nie statku) nie ma „dostatecznej informacji drogowej”.
„Steward poskarżył się, że nawet mandat tu zapłacił. «Za przekroczenie szybkości?» - zapytałam. «Nie, za stuknięcie w wóz milicyjny»
Barbórka na morzu
Czwartego grudnia wypadała barbórka, więc kapitan Jerzy Kuc, jak przystało na dowódcę jednostki z Koninem w nazwie, wysłał życzenia do konińskich górników. Wieczorem odbyło się natomiast imieninowe przyjęcie na cześć płynącej „Koninem” w charakterze gościa pani Barbary, z którą Zofia Zamojska dzieliła kajutę.
Największą atrakcją następnego dnia było przepłynięcie przez Cieśninę Gibraltarską, która – przypomnijmy – ma około 12 km szerokości.
„Z lewej mijamy najdalej na południe wysunięty przylądek Europy z małym portem o nazwie Tarifa. Z prawej widzimy wyraźnie wysoki brzeg Afryki, z niewielkimi osadami rybackimi. I wreszcie przed nami wysoki masyw skalny (426 metrów nad poziomem morza), ostro wcinający się w morze - to Gibraltar. Od zachodu o bardziej łagodnym stoku, od wschodu prawie pionowo zanurza się w morzu” – zapisała Zofia Zamojska.
Pasażerowie latali w powietrzu
Zamiast Mikołaja 6 grudnia załogę i pasażerów nawiedził kolejny sztorm, choć marynarze skwitowali nawałnicę konstatacją, że prawdziwy sztorm jest dopiero, kiedy u wybrzeży Japonii pojawia się tajfun. Po pięciu dniach, na wysokości Krety, pogoda się poprawiła, a wraz z nią humory:
Pogoda bywa kapryśna – kliknij teraz i sprawdź prognozę, żeby nie dać się jej przechytrzyć!









