Po wybuchu elektrowni jądrowej w Czarnobylu wszyscy poszli... na pochód
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Fot. portal dzieje.pl
Gdyby poprzestać na lekturze dwóch wychodzących czterdzieści lat temu konińskich tygodników, trudno zrozumieć, dlaczego w Koninie na przełomie kwietnia i maja 1986 roku w tak masowej skali zaczęto podawać - dzieciom przede wszystkim - płyn Lugola. Przez pierwsze dni wieści o katastrofie w elektrowni atomowej w Czarnobylu – leżącej 800 km na wschód od Konina - rozchodziły się głównie drogą nieoficjalną, a pierwszym źródłem były zagraniczne rozgłośnie radiowe. Nawet dla... polskiego rządu.
Gdyby coś takiego zdarzyło się dzisiaj, działania władz i reakcje mieszkańców miasta na bieżąco byłyby relacjonowane na stronach naszego portalu, na czym po latach mógłbym oprzeć swoją opowieść. Ale cztery dekady temu nie było ani internetu, ani swobodnego przepływu informacji. O tym, co publikują dziennikarze, decydowała władza.
Awaria zamiast katastrofy
Byłem wtedy w Koninie, ale tego, co się działo w związku z Czarnobylem nie pamiętam. I nie różnię się tutaj od większości osób, z którymi na ten temat rozmawiałem. Choć przeżywałem ten czas w sposób szczególny, bo dokładnie cztery miesiące później przyszła na świat moja pierworodna, w pamięci pozostały mi jedynie uspokajające zapewnienia prowadzącej ciążę ginekolog, że w łonie matki dziecko jest teraz bezpieczniejsze, niż gdyby było już na świecie. Koresponduje z tym notka, jaką znalazłem w Gazecie Poznańskie z 13 maja 1986 roku, że zdaniem ministra zdrowia „awaria” w elektrowni w Czarnobylu „nie wpływa na rozwój ciąży i że nie ma obaw co do losu rozwijających się płodów”.
Napisałem „awaria”, bo komunikaty Polskiej Agencji Prasowej tylko tym wyrazem opisywały to, co zaszło w ukraińskiej siłowni, unikając jak ognia „katastrofy” czy „wybuchu”. Tymczasem to one znacznie lepiej oddają to, co tam zaszło. W rezultacie błędów obsługi pół godziny po północy 26 kwietnia 1986 roku w elektrowni atomowej w Czarnobylu doszło do dwóch eksplozji, które rozerwały rdzeń reaktora razem z budynkiem, w którym się znajdował, czego efektem był wyrzut ogromnych ilości substancji promieniotwórczych do atmosfery.
Promieniowanie na butach
Władze ZSRR nie poinformowały nikogo o katastrofie. Pomijając już fakt, że prawdziwy obraz zdarzenia z trudnościami docierał do najwyższych szczebli radzieckiej władzy, a bezprecedensowa skala zniszczeń i zagrożenia zaskoczyła wszystkich, to zatajanie zarówno przed własnym społeczeństwem, jak i międzynarodowym otoczeniem porażek a tym bardziej dotkliwych klęsk było rutynową praktyką Związku Radzieckiego.
O gnanej wiatrem w kierunku Skandynawii promieniotwórczej chmurze jako pierwsi poinformowali świat dopiero pracownicy szwedzkiej elektrowni jądrowej w Forsmark, leżącej 140 km na północ od Sztokholmu i 1100 km od Czarnobyla. W poniedziałkowy poranek, a więc ponad dwie doby po katastrofie, czujniki wyłapały na butach pracowników bloku nr 2 radioaktywne cząstki. Natychmiast podniesiono alarm, ale po zorientowaniu się, że zanieczyszczenie wnieśli pracownicy porannej zmiany dopiero wchodzący do zakładu, zaczęto się zastanawiać, skąd się wzięło. Na wszelki wypadek zamknięto obszar wokół elektrowni, a szwedzki rząd rozpoczął przygotowania do ewakuacji mieszkańców Sztokholmu i kilku innych dużych miast. Zaniechano ich po odkryciu, że cząsteczki pasują do izotopów spotykanych w radzieckich reaktorach. Na prośbę Szwedów o wyjaśnienia władze ZSRR odpowiedziały, że o niczym nie wiedzą.
Alarm z Mikołajek
Szwedzi podzielili się swoją wiedzą z dziennikarzami i w ten sposób wiadomość o katastrofie poszła w świat, a za pośrednictwem BBC i Radia Wolna Europa dotarła również do Polaków. Co ciekawe to z tego źródła informację o wydarzeniach w Czarnobylu otrzymali również przedstawiciele władz polskich. O samym wzroście skażeń promieniotwórczych poinformował rzecznika rządu w poniedziałek wiceprezes Państwowej Agencji Atomistyki Andrzej Rodowicz, który przekazał mu alarmujące wyniki pomiarów stacji monitoringu radiacyjnego Służby Pomiaru Skażeń Promieniotwórczych w Mikołajkach. Dwie godziny później w gabinecie jednego z sekretarzy Komitetu Centralnego PZPR zebrała się grupa ministrów, członków Biura Politycznego, a więc najważniejszego w PZPR gremium, oraz eksperci. Telefon gospodarza spotkania do odpowiednika we władzach KPZR nic nie wniósł. Radziecki towarzysz albo nic nie wiedział, albo nie chciał podzielić się posiadaną wiedzą.
Rządowi donieśli z... Wolnej Europy
Dopiero, kiedy do sztabu kryzysowego w Komitecie Centralnym przyszedł ktoś, kto słuchał Radia Wolna Europa, podzielił się z zebranymi wieścią o tragicznej eksplozji w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Ale nikt nie znał szczegółów ani rozmiarów niebezpieczeństwa. Dopiero wieczorem tego samego dnia TASS (Telegraficzna Agencja Związku Radzieckiego) podała komunikat o uszkodzeniu jednego z reaktorów w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Zaraz po niej wydał swój komunikat PAP, który został odczytany w polskim radio oraz w ostatnim wydaniu Dziennika Telewizyjnego.







