Spodnie z Libii, a buty z NRD. Na komis stać było tylko najbogatszych
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek zaglądał do komisu, który w latach siedemdziesiątych mieścił się w pawilonach przy ulicy Błaszaka. Panowało bowiem powszechne przekonanie, że oferowane tam towary są tak drogie, że tylko osoby naprawdę zamożne stać na kupienie czegokolwiek w komisie.
Dla mojego pokolenia sklepem, gdzie chodziło się popatrzeć na zachodni luksus, był Pewex, głównie ten na piątym osiedlu, bo hotel „Konin” nie był miejscem, gdzie patrzono przychylnie na pałętających się nastolatków.
Kolorowe i pachnące
Komisy były w czasach PRL miejscem, gdzie kupowało się rzeczy, których w normalnym sklepie nie można było nabyć. Różniły się bowiem od nich źródłem zaopatrzenia. O ile do placówek Miejskiego Handlu Detalicznego, Powszechnej Spółdzielni Spożywców „Społem” czy Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” towar dostarczał centralnie sterowany przemysł państwowy (lub spółdzielczy, który od państwowego niewiele się różnił), do komisów trafiały wyroby przywożone różną drogą ze świata kapitalistycznej konsumpcji. Były kolorowe, pachnące i funkcjonalne, a więc całkowicie różne się od oferowanych w wymienionych wyżej sklepach.
Pierwsze komisy pojawiły się na wybrzeżu, gdzie marynarze przywozili towary zakupione w odwiedzanych podczas rejsu portach. Co obrotniejsi wyciągali z tego procederu kilka razy więcej niż oficjalnie zarabiali.
Moda Polska
Koniński komis znajdował się w pawilonie przy ulicy Błaszaka, stojącym zaraz za przystankiem autobusowym (na fot. 1 pierwszy z lewej), ale wchodziło się do niego od strony Marionetki (il. 2). I prosperował dzięki mizerii rodzimego handlu. Choć w 1974 roku, po otwarciu na rogu Alei 1 Maja i Dworcowej Domów Towarowych „Centrum” oraz innych ciągnących się aż do ulicy Kolejowej pawilonów, koninianie zachłysnęli się możliwością robienia zakupów, po które do tej pory musieli jeździć do Łodzi, Poznania czy Warszawy. W Modzie Polskiej pojawiały się wtedy naprawdę dobre ubrania i kosmetyki, choć z dżinsów były tylko denimy, a nie tak pożądane przez młodych wranglery czy levisy. Mimo to na wieść o każdej dostawie przed sklepem ustawiały się kolejki, a towar znikał błyskawicznie.
Mekką dla młodych była też Składnica Harcerska, w której kupowało się nie tylko skautowskie mundury i akcesoria, ale i wiele innych rzeczy. Ja na przykład przez całą siódmą klasę w roku szkolnym 1974/1975 chodziłem tam po plastikowe modele przeróżnych okrętów i samolotów wojennych oraz samochodów, statków kosmicznych i innych maszyn, które potem całymi popołudniami sklejałem.
Tańczyliśmy przy Yellow River
No i księgarnia (fot. 3), która od progu pachniała świeżym drukiem. Tak jak inne produkty, pod koniec drugiej połowy lat siedemdziesiątych książki również stały się towarem deficytowym, ale przez kilka lat problemem nie było znalezienie potrzebnej książki, tylko zdobycie pieniędzy na jej zakup. Mało kto już pamięta, że przez pewien czas księgarnia zyskała od strony DT „Centrum” dodatkowe pomieszczenie, w którym mieściło się stoisko - jeśli dobrze pamiętam - muzyczne. Długo to nie trwało, prawdopodobnie z powodu kiepskiej oferty, i po pewnym czasie księgarnia wróciła do dawnego rozmiaru.
Ale książek w komisie nie sprzedawano, natomiast płyty z muzyką już tak. Pomijając może pierwsze lata szkoły podstawowej na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych moje pokolenie muzyki z pocztówek muzycznych już nie słuchało. Nagrywaliśmy ją z radia i płyt przywożonych przez krewnych lub znajomych zza granicy. Albo kupionych gdzieś w komisie, jeśli kogoś było na to stać. Ale to była rzadkość. Pierwszym zachodnim longplayem, jaki zobaczyłem na własne oczy i jaki pamiętam, była płyta zespołu Christie z ich wielkim przebojem Yellow River, do którego tańczyliśmy podczas szkolnych i klasowych zabaw, bo dyskoteki jeszcze wtedy nie były znane.
Wstydził się niemieckich korzeni
Tę płytę przyniósł do szkoły kolega z klasy, któremu przysłała ją - jak twierdził - rodzina z Anglii. Bo właśnie krewni za granicą byli pierwszym źródłem zaopatrzenia w towary nieosiągalne w krajowych sklepach. W ten sposób we wczesnych latach siedemdziesiątych po raz pierwszy zachwyciłem się puzzlami, przysłanymi mojej klasowej koleżance Ewie Schultz przez rodzinę jej ojca z Niemiec. Ani dla mnie, ani dla nikogo z klasy niemieckie korzenie Ewy nie były problemem, choć nie jestem tego na sto procent pewien, bo nigdy nie miałem okazji ją zapytać, czy w związku z tym spotkały ją kiedykolwiek jakieś przykrości.
Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!










