Strzały w galeriowcu, czyli kompromitacja policji sprzed lat
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Fot. Ryszard Fórmanek
Prawie trzydzieści lat temu jeden z mieszkańców galeriowca zawiadomił policję, że u sąsiadów słyszał huki, jakby ktoś użył broni palnej. Może by uznał to za halucynacje słuchowe, bo skąd w spokojnym blokowisku strzelanina, gdyby nie fakt, że wcześniej zza ściany od wczesnego ranka dochodziły krzyki, a potem odgłosy szamotaniny i wreszcie bójki. Dyżurny natychmiast wysłał na ulicę Powstańców Styczniowych radiowóz.
Na miejscu funkcjonariusze zastali gospodarza mieszkania obficie krwawiącego z licznych ran. Miał też - co ustalił później lekarz – złamany nos a na głowie rany od rozbitej butelki. Ale nikt do niego nie strzelał, zapewniał stróżów prawa, którzy odnieśli też wrażenie, że mężczyzna bagatelizuje całe zdarzenie, a intruzami nie są czterej obecni w jego mieszkaniu mężczyźni, tylko policjanci.
Bez urazy
Mężczyzna zaprzeczył też, jakoby ktokolwiek do niego strzelał. Zapytany, skąd w takim razie huk, który słyszeli sąsiedzi, odparł, że to musiała być broń gazowa, której faktycznie użyto, ale to przecież nic takiego i on do nikogo urazy nie żywi.
Może i udałoby się tę nieszczęsną strzelaninę zatuszować, gdyby jeden z policjantów nie dojrzał na suficie – pechowo dla zainteresowanych świeżo odnowionego, a więc i czystego jak alba przed komunią – otwór idealnie pasujący do ostrego pocisku. Na niewiele się to jednak zdało, bo Przemysław (pozostańmy przy samych imionach, bo w tej historii nie chodzi o personalia) – mimo odniesionych obrażeń - nie zgłaszał do nikogo pretensji, a jeszcze mniej mieli do powiedzenia jego goście.
Poszło o jeepa?
Faktom nie dało się jednak zaprzeczyć, a rany poszkodowanego były zbyt groźne, żeby dało się je przemilczeć. Policjanci ustalili, że nieproszeni goście wtargnęli do mieszkania pana Przemka o szóstej rano, a jeden z czterech intruzów rozbił na jego głowie butelkę i przy pomocy noża poczynił mu liczne dziury w klatce piersiowej i przedramionach. Nikt natomiast, łącznie z poszkodowanym, nie wiedział, kto złamał gospodarzowi nos.
Największą zagadką dla śledczych była przyczyna konfliktu. Zarówno napastnicy, jak i poszkodowany zdecydowanie zaprzeczali, żeby miała ich dzielić jakakolwiek różnica zdań. Ustalono tylko, że krótko przed zdarzeniem policja zabrała panu Jackowi jeepa grand cherokee. Samochód był bowiem zarejestrowany na kobietę, która nie miała pojęcia, że jest właścicielką tak kosztownego pojazdu. A pośrednikiem w jego zakupie był właśnie nasz poszkodowany. Czy właśnie dlatego ów Jacek strzelał w mieszkaniu pana Przemka? – zastanawiali się śledczy.
Policyjna fuszerka
Kiedy prokuratura wysłała już do Sądu Okręgowego w Koninie akt oskarżenia, czwarty z uczestników owego zdarzenia oddalił się z miejsca zamieszkania w nieznanym kierunku, więc w przybytku Temidy przy ulicy Energetyka stawiło się tylko trzech sprawców najścia na mieszkanie w galeriowcu. W pierwszym wyroku sąd uznał, że razem z kilkoma innymi oskarżonymi panowie tworzyli zorganizowaną grupę przestępczą, która zmuszała właścicieli dyskotek w Patrzykowie i Modlibogowicach do zatrudniania wskazanych przez nich ochroniarzy i comiesięcznego opłacania haraczy oraz handlowała narkotykami.
Mamy swój kanał nadawczy. Dołącz i bądź na bieżąco!







