Strzały w galeriowcu, czyli kompromitacja policji sprzed lat
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Fot. Ryszard Fórmanek
Za to oraz za usiłowanie zabójstwa pana Przemysława Sąd Okręgowy w Koninie skazał ich na kary od trzech do siedmiu lat pozbawienia wolności. Sąd Apelacyjny uchylił jednak wyrok w części dotyczącej zamachu na życie lokatora z ulicy Powstańców Styczniowych, ponieważ konińscy policjanci tak niedbale i nieprofesjonalnie zebrali ślady z miejsca zdarzenia, że nie sposób było rzetelnie ocenić wydarzenia, do których tam doszło. Dopiero po kilku kolejnych wyrokach i ich uchyleniach skazano Jacka na 4,5 roku, a Piotra na cztery lata pozbawienia wolności - obu za użycie broni palnej podczas napadu.
Policjanci kupili od „placków”
Mniej więcej 20 lat temu udało się wreszcie ściągnąć do Polski czwartego sprawcę najścia na lokatora mieszkania w galeriowcu. Zespół Poszukiwań Celowych KW Policji w Poznaniu namierzył pana Artura w Holandii siedem lat po wystawieniu za nim europejskiego nakazu aresztowania. Zdaniem stróżów porządku z Helmond, gdzie mieszkał Koninianin, mężczyzna nigdzie nie pracował i utrzymywał się z działalności przestępczej.
Ścigała go również Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu, rozpracowująca wtedy konińskie gangi narkotykowe. Choć konińska policja deptała im po piętach już od pewnego czasu, to przyłapać handlarzy z dużą partią amfetaminy i ekstazy udało się dopiero funkcjonariuszom wrocławskiego Centralnego Biura Śledczego. W październiku 2005 roku podstawieni ludzie kupili od dwóch „placków” – jak ich nazywano - 79 tys. tabletek ekstazy i 400 gram amfetaminy. W ciągu kolejnych dwunastu miesięcy większość członków gangu znalazła się za kratkami.
Prochy za 7 mln zł
Owocem dociekań wrocławskich śledczych było kilka aktów oskarżenia, którymi zajmował się Sąd Okręgowy w Koninie. Sale rozpraw z trudem mieściły wszystkich oskarżonych, których na każdym procesie było po kilkunastu. Jednej z grup zarzucono sprowadzenie z Holandii milionów sztuk tabletek ekstazy i setki kilogramów amfetaminy i marihuany. Kupowało je małżeństwo holenderskich rezydentów gangu, a towar przemycano przez granicę w 10-kilogramowych opakowaniach od proszku do prania. Jednorazowo mieściło się w nich 20-30 tys. tabletek ekstazy lub do 2 kg marihuany.
W Koninie prochy trafiały najczęściej do „trzymaczy”, jak nazywano magazynierów. Ci przekazywali je najlepiej umięśnionym członkom gangu, którzy dostarczali narkotyki drobnym handlarzom i dbali o to, by na ulicy nie pojawiał się żaden obcy towar. Jeśli ktoś się nie podporządkowywał, dostawał łomot. Gangsterzy wywalczyli sobie wyłączność na konińskim rynku narkotykowym i począwszy od 2001 roku przez cztery kolejne lata wydali na zakup towaru prawie siedem milionów złotych. Zarobili kilkakrotnie więcej.
Wybuchające samochody
Dwa miesiące po strzelaninie w galeriowcu na Chorzniu i piątym osiedlu w Koninie doszło do dwóch wybuchów bomb pod samochodami należącymi do co prominentniejszych przedstawicieli grup handlarzy narkotyków w Koninie. A właściwie do jednego, bo drugi pojazd został wysadzony – jak się później okazało – przez pomyłkę. Marka – BMW oczywiście - była ta sama, ale właściciel inny, niż sądzili sprawcy. Panowie bili się o „skromne” zyski, które – jak zeznał jeden ze skruszonych gangsterów – wynosiły 20 lat temu około 10 tys. zł miesięcznie.
Tak wyglądały najbardziej spektakularne a więc i jedyne widoczne dla przeciętnego mieszkańca Konina rezultaty działalności narkogangów, które w naszym mieście swój złoty okres przeżywały pod koniec lat dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych.
Jako ilustrację do tekstu wykorzystano zdjęcie galeriowca Ryszarda Fórmanka
Wybierz niezawodny samochód spośród niemal 1000 ogłoszeń – szybko, bezpiecznie i w dobrej cenie!







