Wspomnienia mecenasa Tadeusza Anteckiego
Materiał promocyjny

Mecenas Tadeusz Antecki i ja. Zdjęcie wykonane przez Ryszarda Fórmanka jesienią 1987 roku w siedzibie redakcji „Przeglądu Konińskiego”.
.jpg)
Firma księgarska Mawi sp.j. Jacek Wiśniewski, Jerzy Majewski
jest beneficjentem programu własnego Instytutu Książki „Certyfikat dla małych księgarni”
Jeśli dobrze pamiętam, to do pierwszego dziennikarskiego spotkania z mecenasem Tadeuszem Anteckim doszło za sprawą mojego ówczesnego szefa, redaktora naczelnego „Przeglądu Konińskiego”, Ryszarda Sławińskiego. Współpracując z redaktorem Sławińskim miałem nieodparte wrażenie, że zna on wszystkich mieszkańców Konina. – To bardzo, bardzo, ciekawy człowiek – powiedział któregoś razu o Tadeuszu Anteckim.
Jesienią 1987 roku umówiłem się z mecenasem Anteckim na spotkanie. Owocem naszej rozmowy miał być artykuł o jego życiu jako osoby znanej i rozpoznawalnej wśród wielu Koninian. Już po godzinie zorientowałem się, że przeżycia tego sympatycznego, starszego pana stanowią materiał nie na jedną, lecz na wiele publikacji. Po zaprezentowaniu pierwszego maszynopisu, w redakcji szybko podjęto decyzję o pisaniu następnych. Pozytywne reakcje czytelników, rozdzwaniające się telefony do redakcji i nadsyłane listy, utwierdziły mnie w przekonaniu, że pracę należy kontynuować.
Z mecenasem Tadeuszem Anteckim spotykaliśmy się regularnie w moim mieszkaniu przez prawie pół roku. Ten siedemdziesięcioletni, wysoki i bardzo szczupły, mężczyzna w okularach był wymarzonym rozmówcą dla dziennikarza. Miał niesamowitą pamięć oraz umiejętność zjednywania sobie słuchaczy. To wspaniały gawędziarz, a ponadto człowiek inteligentny, interesujący, bardzo elokwentny i… dowcipny. Nigdy się nie spóźniał. Dbał o swój wizerunek. Na spotkania przybywał zawsze w garniturze i „pod krawatem”. Rozmowy prowadziliśmy przy filiżance kawy „sypanki” z kożuszkiem. Pan mecenas chętnie też wypalał ze mną jednego, a niekiedy i nawet dwa, mocno aromatyzowane „Carmeny”. Zawsze bardzo starannie przygotowywał się do rozmowy. Nie korzystał z żadnych notatek, bowiem doskonale wiedział, co chce przekazać. Jego umysł był jasny, a pamięć niezawodna.
Mimo wielomiesięcznej współpracy, nasz kontakt urwał się. Kartonową teczkę z maszynopisem i odręcznymi notatkami schowałem do szuflady, obiecując sobie, że jeszcze kiedyś wykorzystam zawarte w niej materiały. Niezwykłe życie mecenasa Tadeusza Anteckiego, człowieka wspaniałego i ciepłego, bez wątpienia zasługiwało na to, aby dowiedzieli się o nim inni.
W kwietniu 2011 roku w „Przeglądzie Konińskim” natrafiłem na tekst Włodzimierza Łasińskiego, będący wspomnieniem mego sympatycznego rozmówcy sprzed lat. Przeczytałem go i - ku memu zdziwieniu - odkryłem w nim następujący, jakże miły dla mnie, passus:
Wspomnienia mecenasa Anteckiego – pod takim tytułem się ukazały – spisał i opracował bardzo ciekawie pan Jacek Wiśniewski. Dodatkową ich atrakcją były zamieszczone zdjęcia, ilustrujące opisywaną tematykę. Korzystałem z tych wspomnień. Ukazały się w dwudziestu cotygodniowych odcinkach w okresie od grudnia 1987 do maja 1988 roku. Stały się naówczas hitem prasowym i trzeba było w dniu wydania gazety wcześnie rano wstać, aby kupić w kiosku „Przegląd”.
Gdy zapoznałem się z owym tekstem, odnalazłem zakurzoną teczkę z mocno pożółkłymi już kartkami maszynopisu. Okazało się, że na dnie szuflady znajduje się jeszcze jedna koperta z widniejącym nań napisem Antecki, w której znajdowały się zdjęcia i niewykorzystane w druku notatki. Uznałem, że najwyższy czas by wspomnienia konińskiego adwokata-strażaka przybrały postać książki. Zabrałem się do pracy. I oto jest!
Poniżej cytuję kilka fragmentów książki:
Urodziłem się w 1916 roku w Chicago. W 1909 roku mój ojciec podjął trudną decyzję o ucieczce z Konina, ratując się w ten sposób przed 25-letnią służbą w carskiej armii. Perspektywa tak długiej służby w wojsku zaborcy, z dala od rodzinnego domu i ojczystego języka, była tragiczną perspektywą. Przekroczenie granicy między zaborem rosyjskim i pruskim nie było sprawą trudną. Wystarczyło dostać się do, odległego o około trzydzieści kilometrów od Konina, Strzałkowa.
Niedługo po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych ojciec sprowadził moją matkę. Nie zagrzali jednak długo miejsca na obczyźnie. Wrócili do kraju już w 1921 roku, kiedy tylko upewnili się, że istnieje niepodległe państwo polskie.
Pochodzę z rodziny konińskich rzemieślników. Mój pradziad, dziad i ojciec wykonywali zawód murarza. Rodzina matki była znowu związana z zawodem metalowca. Najbardziej znanym i szanowanym jej przedstawicielem był dziadek mamy, czyli mój pradziad po kądzieli - Aleksander Krajewski. Pradziadek Aleksander był ostatnim żyjącym w Koninie uczestnikiem powstania styczniowego.
* * *
Właścicielem pierwszego samochodu w Koninie, „Adlera” z płóciennym dachem i szprychowymi kołami, był Konstanty Wrzaliński. Auto budziło ogromne zainteresowanie mieszkańców, ale jeszcze większą sensacją było radio. Pierwszy radioodbiornik sprawił sobie Michał Opas. Pan Opas był osobą majętną i znaną. Miał własny, znakomicie zaopatrzony sklep kolonialny, a nad sklepem w budynku przy ratuszu prywatny bank. Ogromny, sześciolampowy, „Philips” Michała Opasa był, w pewnym sensie, użytkowany przez całe miasto. W każdą niedzielę o godzinie jedenastej przed południem pan Michał wystawiał na balkon potężną tubę radia. O tej porze transmitowano uroczyste nabożeństwo celebrowane w kościele Mariackim w Krakowie. Przed sklepem przy 3 Maja gromadziły się takie tłumy słuchaczy, że nie sposób było przejść ulicą.
* * *
Pierwszego września 1939 roku za pięć trzecia wyskoczyłem z magistratu do domu na obiad. Szedłem przez Plac Wolności, gdy usłyszałem warkot samolotów. Spojrzałem w niebo i zobaczyłem czarne krzyże na skrzydłach srebrnych ptaków.
- Jezus Maria, Niemcy ! - krzyknąłem i zaraz poczułem, że ktoś łapie mnie energicznie za ramię. To był policjant, przodownik Zbigniew Brzeźniak.
- Pan jesteś panikarz, to polskie samoloty ćwiczenia robią - zrugał mnie, ale nie zdążył już nic więcej powiedzieć. Huknęło raz, drugi i trzeci koło mostu. Całe szczęście, że bomby zniosło. Wszystkie spadły na błonia niedaleko ulicy Grunwaldzkiej. Gdy samoloty odleciały, zrozumiałem, że wojna rozpoczęła się naprawdę.
4 września 1939 roku nastrój był jakiś dziwny. Położyłem się do łóżka, ale nie mogłem spać. Wyszedłem na zaciemnioną ulicę. Było już po północy, gdy zobaczyłem kompanię wojska polskiego. Major - dowódca rozpoznał mnie po studenckiej czapce. Skierował konia w moją stronę.
- Panie studencie, a jak daleko stąd do Stawiszyna? – spytał.
- Około 34 kilometrów, panie majorze
- W Stawiszynie są Niemcy.
Zdrętwiałem ze strachu. Przeraziło mnie to, że Niemcy są już tak blisko, ale także to, że wojskowy z takim stopniem nie ma mapy i musi pytać miejscowego o drogę.
* * *
25 października 1946 roku zdawałem ostatni egzamin, z prawa cywilnego. Egzaminował mnie wybitny znawca przedmiotu - profesor Alfred Ohanowicz. Nie było łatwo. Profesor zawzięcie maglował mnie przez co najmniej dwie godziny. Wreszcie spojrzał z wyraźnym zadowoleniem i spytał:
- Czy ma pan indeks przy sobie?
- Oczywiście, że mam, panie profesorze.
- Poproszę.
Profesor obejrzał dokładnie dokument, otworzył i zaczął pisać. Po chwili zapytał:
- To jak pan się nazywa?
- Tadeusz Antecki, panie profesorze.
- Oj nieładnie, dorosły człowiek, a nawet nie wie dokładnie, jak się nazywa.
- Przepraszam, ale nie rozumiem panie profesorze.
- Przecież pan się nazywa… magister Tadeusz Antecki.
* * *
Tego dnia, po godzinie piętnastej, wychodziłem z kolegą prokuratorem z budynku przy ulicy Kolskiej. Na schodach natknęliśmy się na płaczącego mężczyznę.
- Czemu płaczecie? - zainteresował się prokurator.
- A nieszczęście się stało - mówi chłop.
- Jakie nieszczęście?
- Zginął mi mój milicjant.
- ?!... Jak to zginął?
- Ano poszedł już ten milicjant, co miał mnie do więzienia zabrać. Ja się spóźnił i co ja teraz zrobię?
Prokurator ledwie powstrzymał się od śmiechu.
- Ojcze, macie zdrowe nogi? - spytał rozpaczającego chłopa.
- Ano zdrowe.
- Jest jeszcze czterdzieści minut do odjazdu pociągu. Jak się kopniecie na stację, to zdążycie.
- Co pan prokurator mówi - chłop się wyraźnie ucieszył. Chwycił tytkę z bułkami i pobiegł w stronę dworca.
Tacy to byli kontraktacyjni przestępcy. Ludzie, których trzeba było przewozić setki kilometrów, konwojować w kajdankach i zamykać w ośrodkach pracy przymusowej.
* * *
Strażacka krew płynęła od pokoleń w żyłach mojej rodziny. Strażakiem był mój dziad -Tomasz Antecki i ojciec - Franciszek, a także pradziad ze strony matki - Aleksander Krajewski. Trudno się więc dziwić, że i ja, zaraz po ukończeniu studiów, w 1947 roku, zapisałem się do Ochotniczej Straży Pożarnej w Koninie. Taka była rodzinna tradycja, męski przywilej i obywatelski obowiązek.
Przez wiele lat jeździłem do pożarów jako dowódca wozu. Uczestniczyłem w co najmniej tysiącu akcji pożarowych. Dwa razy w czasie pełnienia służby odniosłem ciężkie rany. Nie tylko gasiłem pożary. W 1975 roku powołano mnie w skład Głównego Sądu Honorowego OSP. Przez jedną kadencję byłem sędzią głównym tego ciała.
Byłem chyba jedynym w Polsce adwokatem – czynnym strażakiem. To, że jeździłem gasić pożary, wydawało się wielu ludziom dziwne, nieprawdopodobne. Jako adwokat nie pasowałem jakoś do akcji gaśniczych i strażactwa. Raz powiedziano mi to prosto w oczy...
Paliło się niedaleko Kramska. Byłem dowódcą wozu. Chłopcy pobiegli już z wężami do płomieni, a ja stałem przy trójniku rozdzielającym strumień wody. W pewnej chwili poczułem, że ktoś mi się uważnie, wręcz natarczywie, przygląda. Odwróciłem się i zobaczyłem wpatrzonego we mnie chłopa.
- Co mnie pan tak ogląda? - spytałem lekko zniecierpliwiony.
- A bo ja się na pana napatrzyć nie mogę - westchnął chłop.
- A to, dlaczego?
- Nigdy bym nie pomyślał, że człowiek na człowieka może się tak podać. Pan jest strasznie podobny do takiego jednego chudego adwokata z Konina. Kropka w kropkę - mówię panu.
- Chudy adwokat z Konina? A jak się nazywa?
- Antecki, taki sam chudy, jak pan. Mieszka przy Armii Czerwonej, tam gdzie kiedyś Kurowski miał restaurację.
Chciało mi się śmiać, ale nie uświadomiłem tego człowieka, że chudy adwokat Antecki i chudy strażak to ta sama osoba. Zresztą jemu nawet przez myśl nie przeszło, że adwokat może gasić pożary.
Gospodarz pokręcił głową z niedowierzaniem i już się zbierał do odejścia, ale jeszcze zagadał.
- Wie pan, nie żałuję, żeśmy sobie pogadali.
- A dlaczego pan nie żałuje? - spytałem zaciekawiony.
- No bo, dopiero jak z panem pogadałem, to zauważałem różnicę. Ten adwokat z Konina jest o wiele wymowniejszy od pana…
* * *
Tylko raz w życiu wyszedłem z sądu przez okno. Było to na początku lat sześćdziesiątych. W gmachu przy ulicy Kolskiej w Koninie, w sali na parterze, broniłem z urzędu jakiegoś włamywacza. W czasie wygłaszania mowy obrończej usłyszałem syreny alarmowe straży. Na początku nie zareagowałem. Ruszyło mnie dopiero wtedy, gdy przez okno zobaczyłem wozy wojskowe z zapalonymi światłami i włączonymi syrenami.
- Oho – pomyślałem sobie – stało się coś poważnego, a u nas w remizie nie ma dzisiaj ani dowódcy ani jego zastępcy. Wygląda na to, że w mieście jestem tylko ja. Chłopcy już na pewno czekają w wozie.
Decyzję podjąłem błyskawicznie. Doszedłem do wniosku, nie ma innego wyjścia. Przemówienie przerwałem w pół słowa, zrzuciłem togę i przez otwarte okno - jednym susem - wyskoczyłem na ulicę. Machając ręką, zatrzymałem prywatny samochód i kazałem wieść się do straży. Kierowca słyszał syreny i bez słowa podwiózł mnie do remizy OSP.
W tym czasie zszokowany moim zachowaniem sędzia zastanawiał się, jak zareagować. W jego długiej karierze zawodowej po raz pierwszy zdarzyło się, żeby adwokat w czasie wygłaszania mowy obrończej opuścił tak gwałtownie i tak dziwną drogą salę rozpraw. Sędzia nie wiedział, co było powodem mojej gwałtownej ucieczki z sali.
Po chwili namysłu sędzia pochylił się dyskretnie ku głowie pierwszego ławnika.
- Proponuję ukarać pana mecenasa grzywną pieniężną w kwocie pięćset złotych – powiedział.
- Tak, tak - potwierdził ławnik
Sędzia chciał zapytać o zdanie także drugiego ławnika, ale gdy odwrócił się w jego stronę, ze zdziwieniem stwierdził, że jego miejsce jest puste. Drugi ławnik też był naszym strażakiem. Widząc co robię, bez namysłu wybiegł drzwiami (miał do nich bliżej niż do okna) z sali rozpraw i popędził do remizy.
Strapiony sędzia nie bardzo wiedział, jak się zachować. Dopiero na drugi dzień, gdy wyjaśniłem powód swego postępowania, zrozumiał i puścił cały incydent w niepamięć.
Do dzisiaj nie żałuję tej szalonej decyzji. Pożar okazał się rzeczywiście potężny. We wsi Grzymiszew płonęło ponad pięćdziesiąt budynków. Ja i chłopcy z mojego wozu byliśmy tam bardzo potrzebni.
* * *
Mecenas Antecki był nie tylko znakomitym gawędziarzem, ale też człowiekiem dowcipnym. Każde nasze spotkanie kończył anegdotą. Oto jedna z nich:
Jednemu z sędziów bardzo nie odpowiadał adwokat Malinowski. Sędzia ciągle go upominał, uchylał pytania, głośno strofował. Rozprawa toczyła się w napiętej atmosferze. Adwokat starał się nie urazić w niczym sędziego, ale mu się to nie udało.
W czasie przemówienia mecenas Malinowski otarł chustką pot z czoła. W momencie, kiedy chował chustkę do kieszeni, sędzia wyciągnął w jego kierunku oskarżycielski palec.
- Sąd zwraca uwagę panu mecenasowi, że znowu zachowuje się niewłaściwie. Pan mecenas przemawia do sądu, trzymając rękę w kieszeni. Takie zachowanie świadczy o braku poszanowania dla sądu.
Adwokat aż sapnął ze zdenerwowania na taki przytyk, ale spuścił głowę i z pokorą powiedział:
- Ja bardzo przepraszam pana sędziego. Upomnienie uważam za słuszne, ale proszę mi wierzyć, że wkładając rękę do kieszeni spodni, nie uświadamiałem sobie, że ja osobiście dotykam pana sędziego…
Jacek Wiśniewski


















