Sprawa Kwileckich trzymała w napięciu nie tylko Berlin
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Dzięki wyjątkowym talentom organizacyjnym i gospodarności Mieczysław Kwilecki zgromadził w swoim ręku majątek, szacowany na milion siedemset pięćdziesiąt tysięcy marek, zyskując bardzo silną pozycję wśród wielkopolskiego ziemiaństwa a wśród potomnych przydomek Wielkiego.
Razem ze starszymi braćmi Kazimierzem i Władysławem należał Mieczysław do pierwszego pokolenia Kwileckich urodzonego w Malińcu (korzenie rodziny Kwileckich i zakup przez nich majątku Gosławice opisaliśmy w artykule: „Z Kwilcza do Malińca i Grodźca czyli dzieje rodu Kwileckich”). Ponieważ majątek Gosławice otrzymał w spadku Władysław, pozostali dwaj braci opuścili rodzinne strony. Najstarszy Kazimierz osiadł w Siedlnicy pod Lesznem (powiat wschowski), ale ponieważ nigdy się nie ożenił i nie miał dzieci, po jego śmierci w 1863 r. majątek przejął najmłodszy z braci. Bezpotomnie zmarł również siedem lat później Władysław, toteż i dobra Gosławice znalazły się w rękach Mieczysława. Nie ciągnęło go jednak do miejsca urodzenia i już w 1857 r., po ślubie z Marią Mańkowską, osiadł w Oporowie, który mu przypadł w podziale ojcowizny. W 1875 r. kupił na licytacji od kasztelanowej Bielińskiej majątek w Grodźcu, a dziewięć lat później po zmarłym również bezdzietnie stryju Arsenie dostał rodowy Kwilcz.
Fałszywy spadkobierca?
Mieczysław Kwilecki sam prowadził swoje majątki i miał opinię doskonałego gospodarza. Wiele też wskazywało na to, że wkrótce w jego ręce trafi również Wróblewo, bowiem żona właściciela tego majątku, hrabiego Zbigniewa Węsierskiego-Kwileckiego, w 1896 r. skończyła pięćdziesiąt lat i szanse na to, że urodzi jeszcze mężowi męskiego potomka, były znikome. Choć pokrewieństwo Mieczysława Kwileckiego i Zbigniewa Węsierskiego-Kwileckiego było dość odległe (pradziadek tego pierwszego i prapradziadek drugiego byli braćmi), to w przypadku braku męskiego potomka piękny klucz wróblewski przeszedłby w ręce Mieczysława.
Tymczasem wiosną 1896 r., po powrocie z kilkutygodniowego pobytu w Szwajcarii i Włoszech, hrabina Izabela Węsierska-Kwilecka oświadczyła, że w pięknej okolicy pod Montreux przeżyli z mężem nawrót gorących uczuć, którego owocem jest ciąża. Wiadomość szybko stała się towarzyską sensacją i zaniepokoiła właściciela gosławickiego majątku. Mieczysław Kwilecki – jak napisał Stanisław Szenic („Sprawa Kwileckich” w „Pitaval Wielkopolski”) – początkowo żartował z odmiennego stanu hrabiny Izabeli, nie wierząc w ich prawdziwość. Jednak kiedy ciąża stała się widoczna, wysunął przypuszczenie, że to tylko mistyfikacja, a jej celem jest „podsunięcie spadkobiercy” czyli – jeśli posłużyć się współczesnymi pojęciami – podanie cudzego dziecka za własne.
Kobieta znaleziona
A miał podstawy, by tak myśleć, bowiem podczas jego pobytu w Hotelu Francuskim w Poznaniu dostarczono mu depeszę z Paryża o treści „Femme trouvee mais demande trop chere” (Kobieta znaleziona, lecz żąda zbyt wiele). Depesza była, jak się wkrótce okazało, adresowana do hrabiego Zbigniewa Węsierskiego-Kwileckiego, który zamieszkał w tym samym hotelu, i Mieczysławowi została dostarczona przez pomyłkę.
Mieczysław Kwilecki i jego najstarszy syn Hektor, również zainteresowany spadkiem po dalekich krewnych, twierdzili, że w depeszy mowa jest zapewne o kobiecie, od której wróblewscy Kwileccy chcą nabyć noworodka, aby przedstawić go jako swego spadkobiercę. Ci ostatni wszystkiemu zaprzeczyli, tłumacząc, że chodzi o położną, którą zamierzali zatrudnić do zbliżającego się porodu.
Podejrzany poród w Berlinie
Wszystko to były jednak tylko podejrzenia, które zamieniły się niemal w pewność, gdy rozeszła się plotka, że hrabina Izabela zamierza rodzić we Włoszech. Tego Mieczysławowi Kwileckiemu było już za wiele. Wysłał do Wróblewa gniewny list, w którym ostrzegł dalekiego kuzyna, że poród za granicą odbiera jako próbę uniemożliwienia mu kontroli narodzin dziecka.
Szukasz pracy? Kilkaset aktualnych ofert znajdziesz w naszym serwisie ogłoszeniowym.





