Kazimierza Lipińskiego sen o Koninie
Materiał promocyjny

.jpg)
Firma księgarska Mawi sp.j. Jacek Wiśniewski, Jerzy Majewski
jest beneficjentem programu własnego Instytutu Książki „Certyfikat dla małych księgarni”
Kazimierz Lipiński od dziecka zakochany w Koninie - dyrektor Wojewódzkiego Domu Kultury, przedsiębiorca, radny, działacz społeczny, hodowca koni, armator, golfista, wizjoner… napisał książkę pt. „Sen o Koninie” podsumowującą jego dotychczasowe życie. Poniżej prezentujemy kilka fragmentów publikacji.
***
Wychowałem się i mieszkam w Koninie, a mam wystarczająco wiele lat, żeby podjąć próbę podsumowania dotychczasowej działalności zawodowej i twórczej na rzecz rozwoju mojego miasta. Tutaj się wychowywałem, spędziłem najpiękniejsze lata dzieciństwa i dorastania do samodzielności. W gronie sąsiadów, przyjaciół i mieszkańców współtworzyliśmy tożsamość miasta – jego obraz i charakter, pielęgnując mieszczańskie tradycje i rytuały. Tutaj wreszcie zostałem i staram się realizować wizje ze snów o Koninie otwartym, przyjaznym, pięknym i zasobnym. Winien to jestem miastu, które ukształtowało mój charakter, dało mi witalność i radość życia.
W czasie mojej długoletniej działalności w Koninie jako przedsiębiorcy, społecznika, samorządowca, filantropa i zwykłego mieszkańca zaistniało bardzo dużo przeróżnych aktywności, które wpisują się w nurt bliskich mi haseł pozytywistów: „pracy organicznej” i „pracy u podstaw” na rzecz swojego miejsca zamieszkania. Lista owych aktywności jest długa, składa się z ponad setki przeróżnych wydarzeń (projektów), zarówno dużych, najważniejszych, widocznych i przełomowych w swym znaczeniu, jak i wielu mniejszych, mniej spektakularnych, ale dla mnie równie ważnych. W książce akcentuję tylko wybrane elementy, na które miałem bezpośredni lub pośredni wpływ. Chodzi o te idee i realizacje, które powstały z wizji moich marzeń i snów, a które już zmieniły wygląd i sposób funkcjonowania miasta lub – mam nadzieję – stanie się to w niedalekiej przyszłości. Dlaczego? Dla siebie, rodziny, przyjaciół, mieszkańców, potomnych. Dla porządku rzeczy. W pierwszej części książki skupiłem się na latach dzieciństwa, młodości i zbierania doświadczeń życiowych w okresie do około 2000 r., przedstawiając ten czas serią krótkich opowieści z życia wziętych.
W Koninie wychowałem się, tu zbudowałem dom, tu zapuściłem korzenie, tu przeżywam najważniejsze i najpiękniejsze chwile. Dużo podróżuję, ale zawsze mam gdzie wracać.
Kolejne części książki poświęciłem projektom na rzecz rozwoju przestrzennego miasta, które wykonałem w ostatnich ponad 23 latach (2000–2023). Zaprezentowane wizje, idee i projekty wymyśliłem i opracowałem z własnej, nieprzymuszonej woli, jako swój wkład w rozwój miasta. Wiele opracowań powstało w czasie, gdy zasiadałem w Radzie Miasta Konina. Wszystkie projekty opracowałem na własny koszt, a wiele z nich przekazałem nieodpłatnie miastu. W każdym opisanym przypadku byłem pomysłodawcą, twórcą idei i liderem projektu.
Nie mogę pominąć moich pomysłów i realizacji na rzecz Konina na polu kultury i organizacji przeróżnych spotkań. Imprezy takie, jak Konińskie Derby Kabaretowe, Międzynarodowy Dziecięcy Festiwal Piosenki i Tańca, Art Club w byłym Wojewódzkim Domu Kultury, wystawy artystów plastyków w BWA (Biurze Wystaw Artystycznych) i wiele innych na stałe wpisały się w krajobraz miasta. Mam tę przyjemność i satysfakcję, że wybrane pomysły i ich realizacje wpłynęły na funkcjonowanie i kształt Konina. Czasem sam jestem zdziwiony, że było tego tak wiele.
***
Byłem chłopcem bardzo energicznym, wszędobylskim, ciekawym świata, radosnym i żądnym przygód. Nie było dla mnie żadnych przeszkód. Kiedy wymyśliłem sobie, że gdzieś muszę wejść, coś zbadać, zobaczyć, nikt mnie nie zatrzymał. Wychowałem się na starówce, na której najważniejsza była rzeka. O każdej porze roku była przez nas, dzieciaków ze starówki, zagospodarowana. Latem pływaliśmy w niej do woli, łowiliśmy ryby, skakaliśmy do niej z drewnianego mostu i chowaliśmy się w jej szuwarach; zimą jeździliśmy na łyżwach albo przeprawialiśmy się po krach na rzece na drugą stronę. To było nie byle jakie wyzwanie.
Rzeka była ważna dla nas dzieciaków, ale także dla dorosłych. To właśnie nasze matki robiły w niej pranie. Do dziś pamiętam obraz schnących prześcieradeł i pościeli na błoniach przy rzece. Jak odbywało się pranie nie było wolnego miejsca na trawie…
Cały Konin mojego dzieciństwa można było przejść pieszo, z jednego końca na drugi, w niespełna pięć minut. Dwa place, nie licząc rozszerzenia przed ratuszem u zbiegu obecnych ulic 3 Maja i Wiosny Ludów (Rynek – obecny plac Wolności i Rynek Garncarski – obecny plac Zamkowy), kilkanaście ulic, rzeka, mosty drewniane, błonia, targowica, jatki, ratusz, magistrat, kościół, szkoła, knajpa, więzienie, pogotowie ratunkowe, park, sklepy, warsztaty rzemieślnicze, pompy wodne i kilkaset domów z mieszkańcami, którzy wszyscy się znali i żyli w zgodzie.
Obecnie trudno to sobie nawet wyobrazić, ale w mieście nie było żadnej infrastruktury technicznej, takiej jak wodociągi, kanalizacja itp. Wychodki znajdowały się w podwórkach. Funkcjonowało 5–6 studni z ręczną pompą do poboru wody; dwie na placu Wolności, dwie na placu Zamkowym (wówczas Stalina), jedna na ulicy Zagórowskiej przy kapliczce, jedna na ulicy Kolskiej i przy ulicy Żwirki i Wigury. Zlewki wylewano do ulicznych rynsztoków i na podwórza. Do każdego domostwa, raz dziennie, trzeba było nanieść wiadrami odpowiednią ilość wody; znacznie więcej w sobotę do kąpieli lub prania. Można było za parę groszy zamówić nosiciela ze szundą.
Dzieciństwo kojarzy mi się przede wszystkim ze wspaniałą, beztroską zabawą w gronie koleżanek i kolegów z sąsiedztwa. Zabaw nikt nam nie wymyślał. Pomysły czerpaliśmy z nieograniczonej wyobraźni i ulicy, wykorzystując rzeczy i przestrzeń z najbliższego otoczenia. Oczywiście nie było specjalnego sklepu z zabawkami, więc wszelkie zabawy urządzaliśmy mając do dyspozycji: kamienie, patyki, sznurek, fajerki z pieca, skrawki materiału, kozik (bo mało kto miał scyzoryk). Marzeniem było posiadanie starej obręczy koła rowerowego. Ileż to konkurencji można przeprowadzić mając takie kółko! Gość z sąsiedniej ulicy był szczęśliwym posiadaczem takiego kółka i wypożyczał je na godziny. Wystarczył do niego odpowiednio wyprofilowany drążek lub wygięty drut i dumnie biegało się z kółkiem po okolicy.
Rytm zabawy wyznaczały pory roku. Pierwsze, nieśmiałe, kąpiele w rzece zaczynaliśmy na przełomie kwietnia i maja, tuż po roztopach; potem było lato – słoneczne i gorące. Całe dnie spędzaliśmy na dworze. W listopadzie należało przygotować buty i łyżwy na zimę; a zima była prawdziwa – mroźna i śnieżna. Zawsze najważniejszym elementem integrującym była rzeka. Dla nas, dzieci, rzeka była niewyczerpanym źródłem zabaw i wszelakich atrakcji przez cały rok. Latem dominowały przede wszystkim kąpiele i zabawy w wodzie, a zimą łyżwy i zabawy na lodzie. Dla mnie największą atrakcją były skoki do wody z barierek mostu, połączone z wyławianiem różnych fantów, rzucanych przez dziewczęta. A woda była tak czysta i przejrzysta, że nurkując z otwartymi oczami można było zobaczyć przepływające ryby. Pewnie to było niebezpieczne, ale my znaliśmy rzekę i wiedzieliśmy, gdzie są kamienie, kołki lub inne przeszkody, potrafiliśmy też radzić sobie z wartkim nurtem oraz wirami. Wielką sztuką było przepłynąć na drugą stronę w linii prostej, a najtrudniej pokonać ten dystans pod wodą. Tylko nielicznym udawała się ta sztuka. Nie chwaląc się – należałem do tej grupy.
Uwielbialiśmy wszelkie formy skoków do wody – zawsze konkurencyjnie: kto sprawniej, dalej, lepiej, tyłem, na jednej nodze, z przewrotką… Górkę do skoków usypaliśmy sami na plaży „przy kamieniach” za rogatką, w której obecnie jest restauracja o tej samej nazwie. Czasami jej prawym brzegiem chodziliśmy na wyprawy na Glinkę, po drodze, w sadach Kurowa, zbierając za pazuchę jabłka. Potem zbiegaliśmy ze stromej skarpy nad brzeg rzeki. Super zabawa była z jabłkami, które płynęły obok nas – nurki, berki, rzuty. Oczywiście ciuchy i buty chowaliśmy wcześniej w konstrukcji pod mostem. Oczekiwaną atrakcją był nawet deszcz. Wtedy nikt nie chował się pod dachem, a wręcz przeciwnie należało znaleźć urwaną rynnę, żeby wykąpać się porządnie w miękkiej wodzie. Do wyczynów ekstremalnych należało bieganie po dachach z jednego końca ulicy na drugi. Teraz sobie myślę, że obecnie modny i popularny „parkour”, czyli sztukę przemieszczania się przez miejskie przeszkody, wymyśliliśmy właśnie my, siedemdziesiąt lat temu. Najtrudniejsze było pokonanie szczytów dachowych o różnych wysokościach. Ale i na to był sposób w postaci liny z hakiem, niczym we współczesnych filmach szpiegowskich.
Legendą obrosły zawody w pokonywaniu miejskiego parku od bramy do stadionu w koronach drzew, bez schodzenia na ziemię. W tej konkurencji był ode mnie lepszy jedynie Stasiu Sroczyński. Jednak, jak mi wyznał po latach, długo nie mógł mi darować skoków z barierki mostu do rzeki, bo miał pietra, którego nie pokonał. Do siedmioklasowej Szkoły Podstawowej nr 2 im. Marii Konopnickiej przy ulicy Wodnej 1 uczęszczałem w latach 1950–1957. O mojej szkole, o nauczycielach i o tym, że w pierwszej klasie byli ze mną młodzieńcy w wieku 17–18 lat uczący się alfabetu, nie będę się specjalnie rozpisywał, bo dla mnie ważniejsza była zabawa na przerwach. Ważne, że gmach szkoły zlokalizowany był przy samej rzece. Potrafiłem na długiej przerwie przepłynąć na jej drugi brzeg i z powrotem lub – zimą – przebiec ten sam dystans po płynących krach. Ze względu na ostrych nauczycieli nie lubiłem matematyki i języka rosyjskiego, ale za to uwielbiałem zajęcia praktyczno‑techniczne, na których nauczyłem się wielu bardzo przydatnych umiejętności.
Równie zajmujące były zabawy zimowe. Najważniejsze były odpowiednie skórzane trzewiki oraz naostrzone łyżwy. Buty musiały być na solidnej podeszwie, podkute cekinami dla lepszego poślizgu i blaszką do mocowania łyżew. Swoje łyżwy ostrzyłem samodzielnie pilnikiem w technice „na płasko”, ale niektórzy koledzy chodzili do kowala, który potrafił naostrzyć łyżwy „z rowkiem”. Łyżwy tak naostrzone były szybsze, ale za to mniej zwrotne. Szybkość była potrzebna podczas wypraw po bezkresnych, zamarzniętych rozlewiskach Warty za Osadę i Borki do Brzeźna i z powrotem; za to zwrotność przydawała się podczas gry w hokeja. Dowodem na to, że się dojechało do Borków była gałązka jałowca, który rósł jedynie na skraju lasu pod Brzeźnem. Oczywiście nikt nie miał ani krążka, ani kija hokejowego. Grało się do zmroku płaskim kamieniem, a hokeje wycinaliśmy z „kija z zakrętem”, który codziennie na nowo można było wyciąć w nabrzeżnej faszynie. Picia nigdy z sobą nie zabierałem, bo wodę mogłem pić prosto z przerębli. Rozlewiska rozciągały się tuż za szkołą i ulicą Wodną. Nie było wtedy nasypu obecnej ulicy Warszawskiej, więc piękny widok rozciągał się bardzo daleko.
Inna zabawa – bardziej niebezpieczna – to tzw. „bujawinka”, czyli bieganie w kilkunastoosobowym szeregu po cienkim, falującym lodzie. Z gry odpadał ten, pod kim lód się załamał i wpadł do wody. Dla uspokojenia należy zaznaczyć, że nie słyszałem, żeby ktokolwiek w tamtych czasach utopił się pod lodem. Na ogół rozlewisko miało niewielką głębokość, czyli bezpiecznie do kolan, a najgłębiej „do pasa”. Znaliśmy zalane błonia jak własną kieszeń. Każdy wiedział, gdzie są głębsze dołki i tam się po prostu nie zapuszczał. Problemem raczej był powrót do domu w mokrych butach i portkach, bo tam czekała, mówiąc najdelikatniej, niezbyt zadowolona z tego powodu – mama, a najgorzej, gdy z pasem czekał ojciec. Ale i na to mieliśmy swój sposób. Otóż na poczcie, na rogu obecnej Urbanowskiej i Słowackiego wisiały dwa kaloryfery. W czasie „bujawianki” regularnie obwieszało je po sześciu chłopców. Lepiej przed pójściem do domu i spotkaniem z mamą było trochę się podsuszyć.
Fragmenty książki Kazimierza Lipińskiego pt. „Sen o Koninie” wybrał i opracował - Jacek Wiśniewski
Więcej informacji na Facebooku - Księgarnia i antykwariat MAWI w Koninie oraz na mawi.konin.pl.















