O czasach, kiedy w kopalni nawet samochód jeździł na węgiel
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Koniński węgiel brunatny kupowano bardzo chętnie, ale dyrekcja kopalni zdawała sobie sprawę, że jest to stan przejściowy i jak tylko w sprzedaży pojawi się znowu węgiel kamienny, kopalnia straci odbiorców.
„Zbyt na węgiel brunatny mogła zapewnić tylko przeróbka na brykiety lub energię elektryczną – zapisał we wspomnieniach Stanisław Kozłowski - skąd wypływał wniosek, że nieodzownym warunkiem opłacalności wydobycia węgla brunatnego było ukończenie rozpoczętej przez Niemców budowy brykietowni i elektrowni w Marantowie”.
O krok od katastrofy
Po pięciu miesiącach kierowania kopalnią Ignacy Tłoczek został wezwany do Warszawy, gdzie od lipca 1945 do września 1948 roku pełnił funkcję dyrektora Planów Regionalnych w Głównym Urzędzie Planowania Regionalnego w Warszawie. Zastąpił go Stanisław Kozłowski, z którym znali się z czasów wspólnej pracy w Powiatowym Urzędzie Budowlanym w okupowanym Koninie, czyli Kreisbauamcie.
W końcu czerwca 1945 r. dokumentacja projektowo-kosztorysowa na budowę brykietowni i elektrowni w Marantowie była gotowa, a na początku lipca złożono w Banku Gospodarstwa Krajowego wniosek o przyznanie funduszu inwestycyjnego w wysokości 6 mln zł. Bank gotów był rozpatrzyć wniosek pozytywnie pod warunkiem, że poprze go ministerstwo przemysłu, które odpowiedziało jednak odmownie, uznając, że wobec ogromnych potrzeb inwestycyjnych górnictwa kamiennego z budową zakładu przeróbki węgla brunatnego trzeba jeszcze poczekać. Z punktu widzenia państwa było to zapewne stanowisko racjonalne, ale dla konińskiej kopalni i jej pracowników oznaczało katastrofę. Brak funduszy i bezczynność musiały się skończyć ponownym zatopieniem odkrywki. Po ratunek udano się do samego Władysława Gomułki.
Pomógł Tłoczek i Spychalski
Jak to się stało, że delegacja małego zakładu wydobywczego z niedużego miasta powiatowego mogła dostać się do szefa Polskiej Partii Robotniczej, pełniącego na dodatek funkcję ministra Ziem Odzyskanych? Antoni Szulczyński, który pracował w kopalni od czasów wojny, twierdził, że było to możliwe dzięki wstawiennictwu Ignacego Tłoczka, który przed wojną studiował w Politechnice Warszawskiej architekturę razem z Marianem Spychalskim, jednym z najbliższych współpracowników Władysława Gomułki. To tylko hipoteza, bo nie ma na jej potwierdzenie żadnych dowodów, ale przecież bardzo prawdopodobna.
Jakkolwiek doszło do spotkania, Władysław Gomułka przyjął konińską delegację w budynku Dyrekcji Kolei Państwowych w Warszawie, gdzie wtedy urzędował i życzliwie wysłuchał jej argumentów, po czym wysłał do Konina ekspertów ministerstwa przemysłu, którzy mieli na miejscu zbadać sprawę i zaopiniować wniosek kopalni. Swoją pracę skończyli 22 sierpnia 1945 r., a w sporządzonej ekspertyzie napisali, że „przyznanie kopalni żądanego funduszu inwestycyjnego jest celowe i uchroni przedsiębiorstwo od strat, które niewątpliwie powstałyby w przypadku nieuruchomienia zakładu”.
Koparka „Wiesław”
Z przyznanego w październiku 4-milionowego kredytu dokończono budowę brykietowni, co pozwoliło przystąpić do uruchomienia fabryki. Ówczesna załoga kopalni doceniła przychylność Gomułki i na jego cześć największej swojej koparce nadała imię Wiesław, takim konspiracyjnym pseudonimem posługiwał się bowiem sekretarz PPR podczas wojny. I nie zgodzili się go zmienić, kiedy zażądano tego po oskarżeniu Gomułki o tak zwane odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne i jego aresztowaniu w 1950 r.
Najwięcej trudności sprawiło załodze rozpalenie kotła typu LaMonta, który miał dostarczać do brykietowni parę potrzebną do pracy pras brykietowych. Przy próbach jego uruchomienia doszło do dwóch wybuchów i ranienia jednego z robotników oraz poparzenia brygadzisty. Pierwsza z tych eksplozji sprawiła też, że inż. Eugeniusz Ewich, główny mechanik kopalni, w ciągu jednej doby zrezygnował z pracy i przeniósł się z Konina do Łodzi, o czym można przeczytać w artykule: „Uruchomienie brykietowni poprzedziły dwa wybuchy”.
Na zdjęciach z 1946 roku ówczesne kierownictwo kopalni i pracownicy kotłowni.







