Skocz do zawartości
LM.plWiadomościЦе війна! Втеча Дарини з Одеси / To wojna! Ucieczka Daszy z Odessy

Це війна! Втеча Дарини з Одеси / To wojna! Ucieczka Daszy z Odessy

Dodano:
Це війна! Втеча Дарини з Одеси / To wojna! Ucieczka Daszy z Odessy

Nazywam się Darina Kharchenko. Mam 25 lat. Przed wojna zajmowałam się sztuką, brałam udział w humorystycznym projekcie ,,Liga Śmiechu" . Pracowałam na dziecięcym kanale "Trum - Trum" jako scenarzystka. Wojna wszystko mi zabrała. Teraz tu, z wami, zaczynam nowe życie.

Około piątej rano obudził mnie huk eksplozji i przenikliwe wycie alarmów samochodowych. Miałam nadzieję, że to po prostu efekt okropnych wiadomości przeczytanych przed zaśnięciem. Podeszłam do okna - i właśnie w tym momencie doszło do tak potężnego wybuchu, że spadły zdjęcia, które zrobiliśmy w dniu moich 25 urodzin.  A kiedy jedna z przyjaciółek, której mąż jest żołnierzem, napisała, że rosyjskie czołgi wjechały do Sumy, wszystko stało się jasne. W tym momencie po twarzy potoczyły się łzy.  

O wojnie słyszałam tylko na lekcjach historii i widziałam ją w filmach. Nie mogłam uwierzyć, że była za moim oknem.  Przez sześć ostatnich miesięcy mieszkałam w Odessie, podczas gdy cała moja rodzina i bliscy byli w Sumach. Po raz pierwszy w życiu pożałowałam decyzji o przeprowadzce. Nabierając odwagi, zadzwoniłam do mamy. Jej zaspany głos natychmiast się rozbudził. Zawołała do taty: „Wowa, obudź się! Wojna!" Rodzice radzili mi, żeby jak najszybciej uciekać.  Kiedy w wiadomościach pojawiły się informacje o ostrzale mojego małego miasteczka i nie miałam w tym czasie kontaktu z rodziną, moje serce stanęło. Namawiałam ich do ewakuacji przez prawie miesiąc, ale nie zrobili tego, dopóki pociski nie trafiły na podwórko sąsiadów.  

Wróćmy do Odessy. Po południu zastawiony zazwyczaj samochodami parking, o każde miejsce toczyły się codziennie walki, był pusty. Ludzie masowo opuszczali miasto. Piękne i hałaśliwe centrum Odessy było opustoszałe. Ceny taksówek potroiły się tego dnia. Zamiast 80 hrywien, jak ostatnio, za kurs na dworzec zapłaciłam 280.  Kierowca był bardzo cichy, to nietypowe dla taksówkarzy z Odessy, którzy nieustannie rozmawiają i żartują. W radiu zamiast muzyki brzmiały syreny. Mój pociąg do Lwowa odchodził o 20:30. W ciągu pięciu godzin oczekiwania trzy razy usłyszałam syrenę i za każdym razem wydawało mi się, że moje serce staje. Nasz pociąg przyjechał spóźniony, konduktor nie mógł powstrzymać łez.  

W wagonie był straszny tłok. Spotkałam sąsiadów. Natalia wyruszyła z dwiema córkami - Victorią i Christiną. Jej mąż, informatyk, stał na peronie, eskortując swoje dziewczyny, machając im i uśmiechając się smutno. Najstarsza córka płakała, młodsza oglądała w telefonie kreskówkę. Natalia była dzielna i kazała mężowi iść do domu, bo na dworze zimno. On próbował żartować, jednak nie wyszło to zbyt dobrze. Gdy tylko pociąg ruszył, kobieta zaniosła się płaczem. Takich jak Natalia w wagonie było więcej. Ta kobieta przed wojną pracowała jako nauczycielka. Przenieśli się do Odessy rok temu, bo mąż Natalii dostał awans i został przeniesiony tutaj do pracy. Kobieta we łzach powiedziała, że ​​właśnie przyzwyczaiła się do nowego życia i musi uciekać. "Po co? Jak żyć dalej?” - od czasu do czasu powtarzała Natalia. Te pytania słyszę w różnych miejscach już od 42 dni. 

Lwów przywitał mnie dźwiękiem syreny. Podeszłam do chłopaków stojących przy wejściu na stację, byli w mundurach i zapytałam: „Powiedzcie mi, gdzie schron?”. Śmiali się i paląc dalej, odpowiadali: „Szczerze, właśnie przyjechaliśmy i nie wiemy, co i gdzie tu jest”. Inny powiedział: „Dziewczyno, nie panikuj, wojna się skończyła”. Kilka minut później syrena naprawdę ucichła. Następnie udałam się do autobusów, które jechały do jednego z największych punktów kontrolnych. Kierowca nie był zbyt przyjazny, wziął opłatę i wyjechaliśmy. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy workami ziemniaków. Po półgodzinnej drodze kierowca zatrzymał autobus (choć moja nawigacja pokazała, że do punktu kontrolnego jest jeszcze godzina) i powiedział, że dalej nie pojedzie, bo kolejka samochodów jest bardzo duża i nie zamierza zostać z nami przez 24 godziny. Kolejka samochodów była naprawdę bardzo długa. Korek przekroczył 40 kilometrów. W minibusie poznałem Oksanę, ma 24 lata. Dziewczyna była w 3 miesiącu ciąży. Oksana jechała do męża, który pracował w Polsce. Wysiadłyśmy razem z samochodu i poszłyśmy piechotą na granicę.  Towarzyszyły nam tysiące ludzi.  To było przerażające: widok kobiet z dziećmi na rękach, z trudem ciągnących wielkie walizki. Były tak umęczone, że po drodze wyrzucały bagaż.   

Oksana opowiadała, że ​​z mężem niedawno kupili dom i wyremontowali go. Zaangażowali w to całą energię, czas, wszystkie pieniądze. Mąż Oksany dzwonił, bardzo martwił się o żonę i przyszłe dziecko. Dziewczyna, o dziwo, była bardzo spokojna. W połowie drogi spotkali nas wolontariusze i zaproponowali, że nas podwiozą. Pożegnałam Oksanę i poszłam dalej sama.  

Gdzieś w obwodzie lwowskim była moja matka chrzestna z dwójką bliźniaków. Uciekli z regionu Sumy, który graniczy z Rosją. Ustaliliśmy, że odbiorą mnie po drodze. Cztery godziny później byłam już na granicy, ale mojej matki chrzestnej nadal nie było. Zadzwoniłam do niej i zapytałam: „Gdzie jesteś?” Na co matka chrzestna odpowiedziała, że ​​zostało im 40 kilometrów, to około godziny.  Minęła godzina, dwie, trzy i nic.  W końcu telefon. Słyszę płacz dzieci, zdenerwowana matka chrzestna oznajmia, że ​​ich samochód nie jedzie, że utknęli.  Postanowiłam, że sama do nich dotrę. Przeszłam czterdzieści kilometrów i wreszcie znalazłam ich samochód. Nie czułam się zmęczona dystansem, który pokonałam. Podczas spotkania tak mocno się uścisnęliśmy (wydaje mi się, że takie uściski będą mieli Ukraińcy w Dniu Zwycięstwa), rozpłakaliśmy się, a potem wzięliśmy się w garść, bo dzieci nie mogły zrozumieć, co się dzieje.  

Wtedy zaczęło się prawdziwe piekło. Nasza droga stała się wiecznością. W najlepszym razie jechaliśmy 3 kilometry dziennie, dzieci były zdenerwowane i płakały, były zmęczone. 

Próbowaliśmy odwrócić ich uwagę. Czytaliśmy książki, śpiewaliśmy kołysanki, uważnie śledziliśmy wiadomości z Ukrainy i ledwo powstrzymywaliśmy łzy. To było przerażające.  W nocy, kiedy ogłoszono alarm w obwodzie lwowskim, spanikowani ludzie biegali wzdłuż stojących w gigantycznym korku samochodów, pukając w szyby, krzycząc, aby wszyscy pobiegli do schronu.  My zachowaliśmy spokój, bo aniołki, które spały w naszych ramionach, najbardziej tego potrzebowały. Rano wyszliśmy z auta z dziećmi i spacerowaliśmy na świeżym powietrzu. Dzięki wolontariuszom dzieci otrzymały pieluchy, chusteczki, ciepłe jedzenie i herbatę.  W małym samochodzie spędziliśmy 4 dni.  

Do punktu kontrolnego dotarliśmy wieczorem i dzięki Bogu minęliśmy go w 15 minut. 

Zostaliśmy bardzo ciepło przywitani na polskiej granicy. Straż graniczna pomogła przenieść dziecięce rzeczy i walizki, a my nieśliśmy dzieci. Idąc do autobusów wszyscy płakali, bo ogarnęły nas: poczucie bólu i wielkiej wdzięczności. Bólu, bo zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia swojej ojczyzny i wdzięczności wobec niesamowitych ludzi, Polaków, którzy swoją dobrocią, troską, pomocą zrobili wszystko, abyśmy my Ukraińcy nie czuli się opuszczeni, samotni, nieszczęśliwi. Wsiedliśmy do autobusu i dotarliśmy do centrum handlowego w Przemyślu (mówili, że tam będzie bezpieczniej niż na dworcu). Polscy ochotnicy jak pszczoły roili się wokół nowo przybyłych uchodźców. Za chwilę były wózki dla dzieci, garść pieluch, chusteczki, jedzenie.  Przygotowano dla nas materace, abyśmy mogli odpocząć. Co 15 minut podchodziło do nas coraz więcej wolontariuszy i pytało: „Jak możemy pomóc?” Łzy napłynęły mi do oczu.  Nie mogłam zrozumieć, jak w świecie można narysować od razu takie dwie paralele: jeden sąsiad jest gotów oddać ci ostatnią koszulę, a drugi, nie wypowiadając wojny, atakuje podstępnie w nocy, gdy twoje dzieci śpią. 

O pomocy dla Ukraińców w Koninie oraz gdzie i jak ją uzyskać przeczytasz w kolejnej publikacji. 

strona 2 z 2
strona 2/2
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole