Tutaj zaczynała się kopalnia, tu Niemcy germanizowali polskie dzieci...
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Choć ten budynek wciąż stoi w miejscu, gdzie został wzniesiony prawie 90 lat temu, to z jego czterech pierwszych ścian do dzisiaj widać z zewnątrz tylko trzy. Zaczynał jako szkoła, ale szybko stał się centrum dowodzenia budowy najstarszej odkrywki węgla brunatnego na Glince. I to nie koniec jego wielkiej roli w powstawaniu zupełnie nowego Konina.
Wszystko zaczęło się od zakupu trzech wagonów wapna, na które złożyli się mieszkańcy Morzysławia i okolicznych wsi. I to oni - a nie państwo polskie - rozpoczęli budowę tego potężnego dzisiaj gmachu.
Winne majątki Gosławice i Posada
Dlaczego tak to się odbywało? Bo odrodzone w 1918 roku młode polskie państwo było biedne, a jego potrzeby z dzisiejszej perspektywy niewyobrażalnie ogromne. Wystarczy policzyć, ile potrzeba było pieniędzy na wybudowanie choćby po jednej szkole dla każdej z ponad 12 tys. polskich gmin. Tymczasem w samej gminie Gosławice potrzebne były trzy takie budynki – w Gosławicach, Morzysławiu i Helenowie.
W archiwum państwowym zachowały się pisma, w których gosławscy urzędnicy tłumaczyli się starostwu, dlaczego nie przeznaczyli na potrzeby oświaty takich sum, jakie były zaplanowane w budżecie. Na przykład w styczniu 1931 roku wójt Czechowski informował wydział powiatowy, że (pisownia oryginalna):
„w opał na zimę szkoły zostały zaopatrzone. Dalsze należności Kasa Gminna reguluje w miarę wpływów kasowych. Naogół jednakże regulowanie zaległości biernych idzie niezmiernie ciężko z tego powodu, że najwięksi płatnicy w gminie jak majątek Gosławice i majątek Posada zalegają podatek gminny wyrównawczy za rok 1930/31 w sumie 7000 zł i za rok 1931/32 w sumie 11000 zł., co razem stanowi sumę 18000 zł”.
Potrzeba sto tysięcy
Z pisma wynika, że właściciele wymienionych majątków – Mieczysław Kwilecki i Karol Wierusz-Kowalski - nadpłacili w poprzednim roku podatki szpitalny i gruntowy, więc sami są wobec skarbu państwa wierzycielami. Tymczasem przytoczone wyżej sumy stanowiły zaledwie ułamek kwot potrzebnych na sfinansowanie budowy wspomnianych wyżej szkół w gminie Gosławice. W przesłanym w tym samym czasie do starostwa sprawozdaniu z realizacji zaplanowanych inwestycji wynika, że na wykończenie właściwego gmachu szkolnego w Morzysławiu potrzeba 90 tys. zł, a sala gimnastyczna i część z mieszkaniami dla nauczycieli będą dodatkowo kosztowały 100 tys. zł.
To dlatego mieszkańcy Morzysławia i okolic wzięli rozpoczęcie budowy na swoje barki. Dzieci uczyły się bowiem w drewnianym domu, którego połowę zajmowało mieszkanie nauczycielki, a pozostałą część dwa zaledwie pomieszczenia do nauki. Tymczasem w ciągu pięciu lat od pierwszego rozpoczęcia roku szkolnego w wolnej Polsce liczba uczniów niemal się podwoiła, więc dzieci wędrowały na zajęcia po rozrzuconych po całej wsi chałupach, w których wynajmowano od gospodarzy dodatkowe klasy.
Budowę zatrzymał wielki kryzys
Po kilku latach czekania na wsparcie od państwa rodzice sami opodatkowali się „po 3 zł od morga” (morga – nieco ponad pół hektara – dop. RO) na budowę szkoły. Jak zapisała po wojnie, odtwarzając z pamięci kronikę szkolną, kierowniczka Klara Michalska, „za pierwsze pieniądze zakupiono 3 wagony wapna”.
„Zwieziono je i zlasowano sposobem gospodarczym, a 11 Listopada 1929 r. został poświęcony kamień węgielny nowej szkoły i przed zimą zbudowane zostały fundamenty. Dalsza jednak budowa stanęła z powodu pogorszenia się materialnego stanu włościan i niemożności subsydiowania przez gminę i państwo” – relacjonowała postęp prac.
Nie licząc wielkiego kryzysu, który w 1929 roku z USA rozlał się na cały świat, dwa lata później spaliła się stara szkoła i to na jej odbudowie musiała się skupić społeczność Morzysławia. W sytuację materialną polskiej wsi najmocniej uderzył trzykrotny spadek cen żywności w stosunku do tych sprzed krachu giełdowego.
Dzieci pracowały do końca
Prace wznowiono dopiero w październiku 1937 roku, decydując się na ograniczenie inwestycji do połowy pierwotnie zaplanowanego budynku. Chodziło o to, żeby dzieci, których liczba była wystarczająca na sześć oddziałów, miały odpowiednie warunki do nauki.
„Od października do połowy listopada stanęły ściany piętrowego budynku, który mieścić miał 4 sale, korytarze, klatkę schodową, kancelarię i pokój nauczycielski” – zanotowała w kronice Klara Michalska.
Zaangażowanie mieszkańców rejonu szkolnego nie skończyło się na wkładzie finansowym, bo – jak zanotowała kierowniczka – „ludność miejscowa w ciągu całej pracy dawała pomoc w postaci podwód konnych i robocizny mechanicznej. Walnie przyczyniła się do iście amerykańskiego tempa pracy dziatwa szkolna, która razem ze starszymi pracowała przy budowie do końca”.
Warto to podkreślić, więc powtórzę: „dziatwa szkolna razem ze starszymi pracowała przy budowie do końca”.
Stanęła w samym centrum
W następnym roku szkolnym budynek był już gotowy. Wprawdzie nie 1 września, tylko 2 października, ale uczniowie mogli już wejść do nowych, teraz już czterech sal klasowych wyposażonych w „meble i inne urządzenia”, jak wynika z zapisków Klary Michalskiej.
Szkoła stanęła w centrum Morzysławia: naprzeciwko wejścia do kościoła św. Wojciecha i niespełna sto metrów od najważniejszego skrzyżowania, które prowadziło do Czarkowa i dalej Konina z jednej strony, a Kramska i Sompolna z drugiej. Dzisiaj tego skrzyżowania już nie ma, bo podczas wojny kopalnia przerwała dzisiejszą ulicę Okólną, która – przez obecną Portową - docierała wtedy aż do ulicy Jana Pawła II (jej ówczesny przebieg zaznaczono na ilustracji nr 1 czerwonymi liniami). To dlatego dzisiaj jeździ się do Niesłusza ulicą Harcerską, omijającą wyrobisko końcowe pierwszego pola wydobywczego odkrywki Morzysław.
Na uroczystości oddania do użytku nowego budynku Szkoły Powszechnej w Morzysławiu stawiły się najważniejsze osoby w powiecie konińskim ze starostą Marianem Kaczorowskim oraz wójtem Stefanem Pietrzakiem, „który bardzo przyczynił się do szybkiego posuwania się prac przy budowie i solidnego wykonawstwa”.
Niemiecki się przydawał
Dzieci i nauczyciele nie nacieszyli się nową szkołą zbyt długo, bo już rok później wybuchła wojna. W pierwszych dniach września 1939 roku w budynku rozlokowała się radiostacja polowa którejś z wielkopolskich jednostek wojskowych, ale jej obsługa już po kilku dobach uciekła, zostawiając na miejscu cały sprzęt. W połowie miesiąca ich miejsce zajęli Niemcy, którzy skrupulatnie pousuwali z klas zawieszone nad tablicami godła z orłem w koronie.
Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!














