Dramatyczne wydarzenia 11 listopada 1918 roku w Koninie
Materiał promocyjny

.jpg)
Firma księgarska Mawi sp.j. Jacek Wiśniewski, Jerzy Majewski
jest beneficjentem programu własnego Instytutu Książki „Certyfikat dla małych księgarni”
Dzisiaj nie wiemy jaki, był ten poniedziałek 11 listopada 1918 roku w Koninie. Warszawska „Nowa Gazeta” donosiła, że poranek tego dnia był mglisty. Zapewne i w Koninie było mgliście, pochmurnie i raczej chłodno, jak to w listopadzie. Atmosfera jednak była gorąca. Koninianie przeczuwali zbliżającą się wielkimi krokami wolność.
Ci zamożniejsi mieli stały kontakt ze światem; czytali gazety, korespondowali. Ci mnie zamożni o tym co się dzieje dowiadywali na się na rynku, na targu i w sklepikach. Wszyscy już wiedzieli, że upadły trzy znienawidzone monarchie: rosyjska, niemiecka i austro-węgierska. Widzieli także o klęsce wojennej państw centralnych i o tym, że Rosja od wielu miesięcy zajmuje się swoimi wewnętrznymi sprawami, swoją rewolucją.
W niedzielę 10 listopada pasażerowie wysiadający z karetki pocztowej, kursującej na trasie Słupca-Konin przekazali elektryzującą wiadomość o tym, że słupeccy członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) właśnie rozbroili garnizon niemiecki, którego żołnierze pilnowali obozu dla jeńców rosyjskich pod Strzałkowem. Tego samego dnia z Kalisza do Konina przyjechał Wincenty Grętkiewicz – zastępca okręgowego komisarza mobilizacyjnego starszych harcerzy - z zadaniem przeprowadzenia mobilizacji harcerzy mieszkających w powiatach: konińskim i słupeckim do tworzącego się wojska polskiego. To dzięki spisanym przez niego w 1980 roku wspomnieniom wiemy, co działo w się w tamtym gorącym czasie w Koninie.
W listopadzie 1918 roku w mieście istniały dwa antagonistyczne, przeciwstawne politycznie i społecznie, a jednocześnie gotowe i chętne do przejęcia władzy ośrodki: rada miejska i lokalne struktury POW.
Rada miejska, do której wybory – oczywiście za zgodą niemieckiego okupanta - przeprowadzono w 1917 roku, była to dość kadłubowa forma samorządu miejskiego, ponieważ realną władzę w mieście sprawował burmistrz, którym musiał być (i był) niemiecki urzędnik. To on podejmował strategiczne decyzje. Nawet o wyborze przewodniczącego rady decydował przedstawiciel władz okupacyjnych. Tak więc pierwszą, podstawową wadą tego gremium było jego całkowite podporzadkowanie Niemcom, a drugą skład rady, którą wybierano w sposób dalece odbiegający od dzisiejszych standardów i zasad demokracji. Radę miejską wybierano bowiem według tzw. kurialnego systemu wyborczego, co sprawiało, że radnymi mieli możliwość zostać tylko najzamożniejsi, najlepiej urodzeni i wykształceni obywatele miasta. Główną cechą kurialnego systemu wyborczego była jego nieproporcjonalność – to mniejszość mieszkańców wybierała większość składu rady.
Drugim pilnie przygotowującym się do przejęcia i sprawowania władzy w mieście ośrodkiem były lokalne struktury Polskiej Organizacji Wojskowej (POW). Pomimo niemieckich prześladowań POW powstała w Koninie w 1916 roku. Głęboko zakonspirowana organizacja szczególnie aktywnie działała na terenie okalających Konin gmin wiejskich. Ze wspomnień Wincentego Grętkiewicza wiemy, że POW aktywnie rekrutowała swoich członków, mając silne oparcie w lewicowym ruchu Polskiego Stronnictwa Ludowego „Wyzwolenie” oraz Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS). Do POW szczególnie chętnie garnęli się niezbyt dobrze wykształceni, młodzi ludzie o lewicowych poglądach. Bardzo często były to dzieci pracowników folwarków i majątków ziemskich. Spośród sprawujących kierownicze funkcje aktywistów POW Wincenty Grętkiewicz wyróżnia szczególnie: zastępcę Komendanta Obwodu Konińskiego - Leona Dyca (działacza PPS, a z zawodu malarza pokojowego), Komendanta Organizacji Lokalnej w Kazimierzu Biskupim - Kazimierza Nenemana oraz Komendanta Organizacji w Kleczewie – Bolesława Latosińskiego. W konińskich strukturach POW szczególnie aktywnie działali: właściciel restauracji - Aleksander Kurowski, rolnik - Rafał Ganowicz, ślusarz - Ignacy Pawlicki oraz pracownik konińskiego browaru - Kazimierz Skarbek.
Tak kierownictwo, jak i szeregowi członkowie POW spoglądali na konińską Radę Miasta z dużą dozą podejrzliwości i niechęci. Pisząc wprost - uważali członków rady za… kolaborantów. Nie bez znaczenia była też ogromna różnica w cenzusie społecznym i majątkowym członków obu struktur.
Na całe dla mieszkańców Konina szczęście oba potencjalne ośrodki władzy rozsądnie reagując na przebieg wypadków dość szybko, w imię wyższych celów, znalazły wspólną płaszczyznę działania. POW miała przejąć wojskową opiekę nad miastem, a rada miała przejąć pełnię władzy cywilnej.
Wracajmy jednak do przebiegu dramatycznych wydarzeń z 10 i 11 listopada 1918 roku w Koninie…
Idąca ze wschodu rewolucyjna „zaraza” nie ominęła i armii niemieckiej, którą w listopadzie 1918 ogarnęły masowe, żołnierskie bunty o rewolucyjnym podłożu. Ich urealnieniem było odsuwanie od władzy oficerów i tworzenie rad żołnierskich. Prawdopodobnie wieczorem w niedzielę 10 listopada w konińskim garnizonie wojskowym doszło do przewrotu i utworzenia takiej właśnie rewolucyjnej rady. Szeregowi żołnierze mieli już dość wojny i tułaczki, chcieli jak najszybciej wracać do domu. Napływające z zewnątrz informacje i bieżące wydarzenia w garnizonie były jasnym sygnałem dla niemieckich urzędników, że czas najwyższy wracać do Niemiec. By zapewnić sobie w miarę komfortowe i przede wszystkim bezpieczne warunki wyjazdu, Niemcy zdecydowali się na drodze pokojowej oddać Polakom władzę cywilną nad miastem.
11 listopada przed południem pozwolono Radzie Miasta wybrać burmistrza – Polaka. Został nim koniński rejent (notariusz) Edward Sikorski, który zastąpił na tym stanowisku dotychczasowego niemieckiego burmistrza – Hellmana. W ten sposób rozpoczął się proces odzyskiwania niepodległości w Koninie.
Około godziny drugiej po południu przewodniczący rady – Wincenty Wodziński oraz ławnik miejski Ludwik Reymond udali się na rozmowy z przedstawicielami rady żołnierskiej w garnizonie. Niemcy potwierdzili, że zamierzają następnego dnia opuścić Konin. Zachęcali nowe polskie władze miasta do natychmiastowego utworzenia własnych sił bezpieczeństwa oraz pokojowego przejęcia miejskich urzędów, a wśród nich poczty.
Na taki rozwój sytuacji musieli zareagować członkowie POW. Zastępca Komendanta Leon Dyc zarządził natychmiastową mobilizację peowiaków z miasta i okolicznych gmin, co było jednoznaczne z dekonspiracją członków organizacji. Ustalono, że prowizorycznymi koszarami oddziału będzie dom Zemełki przy rynku, czyli siedziba szkoły handlowej. Najważniejszym celem strategicznym wydawało się rozbrojenie niemieckiego garnizonu, przejęcie znajdującego się w jego magazynach uzbrojenia i amunicji oraz budynków wojskowych przy ulicy Kaliskiej. Problem polegał na tym, że była to dość silna i dobrze uzbrojona jednostka wojskowa złożona z kompanii piechoty i szwadronu jazdy, dysponująca także karabinami maszynowymi.
Jak wspomina Wincenty Grętkiewicz, lewicowiec Dyc liczył na to, że pozbawiona oficerów i chęci do walki rada żołnierska dobrowolnie odda broń wraz z kluczami do koszar peowiakom i pomaszeruje w kierunku Niemiec. Był to tak naiwny, jak i nierealny scenariusz.
11 listopada pod wieczór komendant Dyc wraz z kolumną około trzystu uzbrojonych w kilkanaście fuzji zmobilizowanych do tej pory członków POW udał się pod mury koszar. W pertraktacjach z przedstawicielami rady żołnierskiej towarzyszył mu nauczyciel szkoły handlowej, znany działacz POW pan Maurin. Członkowie rady żołnierskiej podobno nawet dość życzliwie przyjęli delegację polskich bojowników, ale – jak można było przypuszczać - stanowczo odmówili wydania broni, twierdząc, że Polacy i bez niemieckiej broni mogą przejąć cywilną władzę. Potwierdzili także swój zamiar opuszczenia Konina następnego dnia rano.
Zapewne głęboko rozczarowany wynikami pertraktacji dowódca „peowiaków” nie miał innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z sytuacją. Aby zareagować na dążące do przejęcia władzy działania rady miejskiej, komendant Dec zwołał wiec w sali kina „Polonia”. W zgromadzeniu wzięli udział członkowie POW oraz mieszkańcy Konina. Celem zwołanego ad hoc zebrania było wybranie delegacji obywatelskiej, która miała przejąć cywilną władzę w mieście. W czasie żywiołowych obrad wybrano Komisję Obywatelską, na której czele stanął Józef Kowalski - znany i powszechnie szanowany właściciel miejscowego browaru. Zadaniem komisji miało być natychmiastowe przejęcie znajdującego tuz obok kino-teatru „Polonia” przy ulicy Piwnej (dzisiaj Zofii Urbanowskiej) budynku urzędu skarbowego. Sprawa była nader pilna bowiem, jak dowiedzieli się koninianie, kasjer urzędu dokonywał nieuzasadnionych wypłat zaliczek poborów licznej rzeszy niemieckich urzędników. Nie zwlekając, członkowie komisji w eskorcie dwóch uzbrojonych peowiaków pod dowództwem Wincentego Grętkiewicza wkroczyli do siedziby Urzędu Skarbowego i zablokowali dalsze wypłaty, sporządzili protokół przejęcia pieniędzy oraz przejęli klucze od kasy pancernej. Niemieccy urzędnicy opuścili budynek, który zamknięto. Przez całą noc straż przy nim pełniło dwóch, uzbrojonych w fuzje członków POW. W ten sposób w Koninie zaczęło się realne przejmowanie władzy.
***
Dzień 11 listopada nie chciał się jednak skończyć. Sytuacja była nader dynamiczna. W czasie, gdy Komisja Obywatelska przejmowała gmach urzędu skarbowego nieopodal, na rynku, przy budynku starostwa (dzisiejszego Urzędu Miejskiego) zebrał się spory tłum złożony z peowiakow i mieszkańców Konina. W tłumie dużo było niezwiązanej z POW młodzieży szkolnej. W drzwiach wejściowych do starostwa otoczony swoimi urzędnikami Kreisschef (szef powiatu, starosta) Schultz dyskutował z Komendantem Dycem, który wspierany przez grupę peowiaków żądał wydania trzydziestu karabinów, znajdujących się w siedzibie starostwa.
Kiedy Wincenty Grętkiewicz poinformował Dyca o przejęciu US przez Komisję Obywatelską, ten po prostu odsunął gwałtownym ruchem niemieckiego starostę od drzwi i wraz ze swoimi ludźmi wkroczył do budynku. Błyskawicznie znaleziono magazyn z bronią i wyniesiono na zewnątrz około trzydziestu karabinów i dwie skrzynki amunicji. Broń rozdano bojownikom POW i cała kolumna wraz z czterema osobami, które na jej końcu dźwigały ciężkie skrzynki z amunicją, ruszyła na drugą stronę rynku do budynku szkoły handlowej, gdzie POW zorganizowało swoje tymczasowe koszary.
Zaraz po tym, jak grupa uzbrojonych w nienabite karabiny peowiaków weszła - furtką od strony ulicy Zielonej (dzisiaj Wiosny Ludów) - na podwórze szkoły, u wylotu ulicy od strony ratusza pojawił się uzbrojony po zęby 15-osobowy oddział niemieckiej piechoty.
Żołnierze widząc, a pewnie bardziej słysząc, ponieważ było już późno i ciemno, kłębiący się przy wylocie ulicy Zielonej do rynku tłum, bez namysłu i ostrzeżenia oddali w jego kierunku morderczą salwę karabinową.
Z relacji Wincentego Grętkiewicza wynika, że Niemcy opuścili koszary i pomaszerowali w kierunku rynku, reagując na przekazany drogą telefoniczną przez któregoś z wystraszonych niemieckich urzędników komunikat o tym, że Polacy mordują w mieście Niemców. Gdy żołnierze natrafili na tłum rozgorączkowanych ludzi bez zastanowienia, a może i rozkazu, oddali w ich kierunku salwę.
Jedna z możliwych wersji wydarzeń mówi, że bezpośrednią przyczyną rozpoczęcia kanonady był bardziej lub mniej przypadkowy wystrzał z pistoletu oddany z okna mieszkania przez któregoś ze spanikowanych niemieckich cywili. Pamiętać trzeba, że te dramatyczne wydarzenia odbywały się późnym listopadowym wieczorem (po godzinie 22.00), a więc w prawie całkowitych ciemnościach.
Stało się! Na rynku słychać było krzyki przerażonych ludzi i jęki wielu rannych. W wyniku morderczej salwy na miejscu zabito pięcioro młodych ludzi. Oprócz zabitych było także ponad trzydziestu rannych, z których przynajmniej trzy osoby wkrótce zmarły. Wśród zabitych aż czworo było uczniami konińskiej szkoły handlowej.
Szczęściem w nieszczęściu było to, że peowiacy nie odpowiedzieli ogniem na strzały Niemców, bowiem niosący do szkoły handlowej amunicję młodzi ludzie na nadążali za kolegami i w czasie strzelaniny ukryli się w jednym z domów przy rynku. Rozpoczęcie nierównej walki młodych, niedoświadczonych i słabo uzbrojonych peowiaków z dobrze wyszkolonymi i zaprawionymi w boju żołnierzami niemieckimi pewnie zakończyłoby się rzezią.
W wyniku strzelaniny wybuchła panika i rynek natychmiast opustoszał. Niemiecki oddział bez żadnych przeszkód dotarł do gmachu starostwa i po stwierdzeniu, że komunikat o strzelaniu do Niemców był nieprawdziwy, natychmiast powrócił do koszar, by następnego dnia rano opuścić Konin i udać się w kierunku Jarocina. Kreisschef Schultz, wyjeżdżając z miasta wraz z garnizonem niemieckim, wyraził podobno ubolewanie z powodu śmierci uczniów i mieszkańców miasta, tłumacząc, że stało się to bez jego woli i rozkazu.
W środę 13 listopada po mszy żałobnej w konińskiej farze na cmentarzu przy ulicy Kolskiej odbył się pogrzeb pięciu ofiar strzelany z 11 listopada. W pogrzebie wziął udział pluton harcerski, którego członkowie oddali trzykrotną salwę honorową na cześć zabitych.
Jacek Wiśniewski
W artykule wykorzystano fragmenty książki pt. „Niepodległy Konin”















