Klupa, kukać, szagówki. Skąd się wzięły te słowa w naszym języku?

fot. FB Świetlan Maps
„To nie każdy tak mówi?” – takie pytanie często pada pod mapami, które tworzy i publikuje na FB. Z Michałem Świetlińskim, twórcą Świetlan Maps, rozmawiamy o regionalizmach, wpływach językowych i, a jakże, zaborach.
Michał Świetliński to autor fanpage’a Świetlan Maps. W internetowych ankietach, wypełnianych przez dziesiątki tysięcy ludzi z całej Polski, bada regionalizmy i użycie różnych słów w różnych częściach kraju. Szuka wyrazów znanych tylko na niewielkich obszarach, ale pokazuje też, że czasem słowa używane powszechnie potrafią mieć odmienne znaczenia w różnych regionach.
Z Michałem Świetlińskim rozmawiamy o tym, czy Wielkopolska Wschodnia ma swoje mikroregionalizmy, co wpłynęło na język, którego używamy i o emocjach, które potrafią budzić słowa.
Bartosz Skonieczny: Czy Wielkopolska Wschodnia to ciekawy obszar językowy?
Michał Świetliński: Pod względem językowym to bardzo ciekawy region, bo to w zasadzie zbieg kilku krain geograficznych i przede wszystkim granic zaborów niemieckiego i rosyjskiego. Na północy mamy jeszcze Kujawy, część Kujaw wchodzi w skład powiatu konińskiego. Z drugiej strony mamy powiaty kolski i turecki, które też są podzielone. One nie są całkowicie wielkopolskie, bo połowa jednego i drugiego to znowuż Ziemia Sieradzka.
Pod względem historycznym i geograficznym, a co za tym idzie językowym, jest to pewien miszmasz.
Mamy więc jakieś swoje specyficzne regionalizmy, które występują tylko u nas?
Dla Konina stricte albo okolic nie znalazłem nic. Dla Turku jest określenie na nos – „klupa”.
Wpływ na język regionu miało oddziaływanie jeszcze przedzaborowe z zachodu Wielkopolski albo już ten wpływ, który był po 1815 r., kiedy Konin, Kalisz, Turek znalazły się pod władzą carską. Trzeba też wziąć pod uwagę, że Konin, podobnie jak Stalowa Wola, Bełchatów, czy Tarnobrzeg, rozwinął się w przeciągu ostatnich dziesięcioleci. To spowodowało, że napłynęło sporo ludności nie pochodzącej stąd. Oni też przynieśli ze sobą bagaż doświadczeń językowych i słownictwo.
Sporo jest takich słów, w których Konin wyznacza wschodnie granice Wielkopolski, np. „taśtać” („dźwigać, nosić coś”), „kukać” („patrzeć”), „na naramkach” („na ramiączkach”). Z drugiej strony wyznacza zachodnie granice tych słów, które są charakterystyczne dla Kongresówki, np. „wazówka” (łyżka do nabierania z wazy), „kulasy” („nogi”), czy „kluski” („makaron”).
Dość charakterystycznym słowem, które znalazłem dla Konina są „ziemniaki krychane”. Używalność tego słowa wyniosła ok. 50%. Ono jest popularne bardziej na północy, więc to akurat import z Kujaw. Ale tak jak mówię – tych czynników jest tak wiele, że znalezienie czegoś stricte konińskiego będzie bardzo trudne.
Mówi się o tym, że język jest żywy, zmienia się, ale jak widać od czasów zaborów te podziały językowe utrzymują się.
Powoli widać te zmiany. Na przykład słowa typowo pruskie w Koninie może nie są powszechnie znane, ale już 10 – 20% mieszkańców je zna i używa. Te granice powoli się zacierają, ale potrzeba o wiele więcej, niż stu lat, by odwrócić taki proces. O ile język będzie w ogóle ewoluował w tę stronę, że regionalizmy będą się zachowywały.
Regionalizmy zanikają? W końcu wszyscy zaczynamy żyć trochę w jednej kulturze – nawet nie tyle polskiej, co światowej.
Były słowa regionalne charakterystyczne dla czasów, gdy dominowało rolnictwo. One wychodzą z użytku, znikają. To, co 50 – 100 lat temu było częścią życia codziennego, dziś często zanika, bo nie jest używane. Najdłużej utrzymują się te słowa, które są częścią życia codziennego i są przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Ale są też regionalizmy, które się rozwijają. W Gorzowie Wlkp. po 1945 r. powstał np. „wysad”, czyli „wystawienie kogoś”. Rzeczownik, który nie występuje w innych częściach kraju, a który rozwinął się w ciągu ostatnich kilkunastu lat, bo starsi mieszkańcy go nie kojarzą. Najstarsze osoby, które go znają, mają ok. 40 lat. To pokazuje, że to całkiem nowe słowo.



