Zmarła Wanda Andrzejewska, świadek budowy brykietowni
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Wanda Andrzejewska w środku
Niewiele jej zabrakło do setnych urodzin, więc nic dziwnego, że doświadczeniami z tak długiego życia mogłaby obdzielić kilka osób. W ubiegłym miesiącu zmarła Wanda Andrzejewska, urodzona w 1928 roku w Niesłuszu jako Rożnowska.
Była jedynym świadkiem budowy brykietowni, z jakim udało mi się osobiście na ten temat porozmawiać. Dowiedziałem się więc od niej wielu rzeczy, których nie znalazłem nigdzie indziej i będę do nich wracał jeszcze nie raz, bo nie o wszystkim zdążyłem napisać. Tym wspomnieniem dziękuję jej za wiedzę dla mnie i wielu koninian bezcenną.
Voss z Besarabii
Wiosną 1940 roku niespełna dwunastoletnia Wandzia została przez okupantów zmuszona do pracy. Przydzielono ją do niejakiego Vossa, Niemca z Besarabii, który zajął gospodarstwa Hyżych i Krzyżaniaków, znajdujące się na rogu obecnej ulicy Przemysłowej i Jeziornej. Prawowici właściciele zostali zaraz na początku okupacji – jak większość mieszkańców Niesłusza - wysiedleni.
Rodzinny dom Wandy stał po drugiej stronie ulicy, gdzie kowal Józef Rożnowski miał też swoją kuźnię. To ważne w tej opowieści, bo ta pierwsza praca dziewczynki skończyła się po kilku miesiącach potężną awanturą.
„Ty cholerny Szwabie!”
– Któregoś dnia pod koniec sierpnia lub na początku września spadł ulewny deszcz, który był tak intensywny, że spowodował między innymi zawalenie się glinianego budynku inwentarskiego u pana Hyżego – opowiadała mi trzynaście lat temu pani Wanda. - Miałam pod opieką pięć krów, dwa cielaki i psa do pomocy. Wróciłam na obiad całkowicie przemoknięta, ale Niemiec nie miał litości i po południu też wysłał mnie na łąkę. Kiedy tatuś zobaczył mnie pędzącą krowy w tym deszczu, kazał mi wracać do domu.
Józef Rożnowski otworzył bramę prowadzącą na podwórko Vossa i zawrócił krowy na jego posesję.
- Po jakichś dwóch godzinach Niemiec obudził się z poobiedniej drzemki i przyleciał do kuźni. Ale mój tatuś był tak wściekły, że wziął w szczypce gorące żelazo i mówi: „Ty cholerny Szwabie! Myślisz, że moje dziecko to pies!?” Szczęście, że moja mama wyszła i razem z żoną Niemca - to dobra kobieta była - jakoś załagodziły sytuację.
Stołówka przy brykietowni
Po tym wydarzeniu mała Wanda została skierowana do pracy w ogrodzie na folwarku Glinka, który obejmował teren, gdzie dzisiaj stoją domki fińskie, z przyległościami. Drzewa owocowe rosły na wschód od ulicy Południowej. W 1941 roku, kiedy do Niesłusza przyjechali Niemcy z Klettwitz, którzy mieli budować kopalnię i brykietownię, młodsza siostra pani Wandy została przez arbeitsamt skierowana do pracy w stołówce. Urządzono ją w jednym z obejść w środku Niesłusza po przerobieniu i zaadaptowaniu budynku gospodarczego. Kierowniczką stołówki była Elizabeth Werner, żona kierownika budowy brykietowni. Niemieckie małżeństwo zajęło dom właścicieli oraz przylegającą do nich murowaną chałupę sąsiadów. Obie wysiedlone rodziny – Sroczyńskich i Wiśniewskich - musiały natomiast znaleźć sobie inne mieszkania.
- Na folwarku mieliśmy niedzielę wolną, a młodsza ode mnie o dwa lata Marianna pracowała na okrągło cały tydzień, więc chodziłam jej tam pomóc – wspominała Wanda Andrzejewska. - A ponieważ zanim zamknęli szkołę w Morzysławiu, przez cztery miesiące uczyłam się niemieckiego, rozumiałam podstawowe rzeczy i z tego powodu bardzo się Niemce spodobałam.
Ulubienica Wernerów
Kiedy Franz Werner dowiedział się, że mała, rezolutna Polka pracuje w folwarku, spytał czy nie chciałaby przenieść się do kantyny. Dziewczynka zgodziła się z ochotą, bo dzięki temu mogła być blisko siostry i domu. Pozostało już tylko uzyskać pozwolenie zarządcy folwarku, co załatwił Franz Werner.
– Byłam drobna i szczupła i za wiele pożytku ze mnie na tym folwarku nie mieli, więc Hoffman bez problemu się zgodził – opowiadała pani Wanda.
Do stołówki przychodzili na obiady Niemcy, którzy budowali brykietownię, bo śniadania i kolacje robili sobie we własnym zakresie w miejscu zakwaterowania.
– Przyjechali z Klettwitz bez rodzin, które dopiero później do nich dołączyły i zamieszkali w polskich domach – wspominała Wanda Andrzejewska. – Pamiętam ich dzieci codziennie wożone bryczką przez naszego sąsiada Jana Wojdęckiego do szkoły w Koninie.
Niemka zaufała
W kuchni niepodzielnie rządziła Elizabeth Werner.
– Niemka tylko mnie ufała i pozwalała sobie pomagać w kuchni, więc właściwie przy niej nauczyłam się zawodu kucharki – podkreślała pani Wanda.
Do jej obowiązków należało też przywożenie produktów zakupionych w konińskich sklepach lub w folwarku na Glince. Z kolei młodsza z sióstr Rożnowskich opiekowała się żywym inwentarzem: świniami, owcami, kozami i licznym drobiem. Ich mama natomiast wykonywała drobne prace pomocnicze jak obieranie warzyw czy struganie ziemniaków, w czym pomagała jej też pani Wiśniewska.
Szukasz korepetycji? Odwiedź LM.pl/ogloszenia/korepetycje – znajdź sprawdzonego nauczyciela w Twojej okolicy już dziś!





