Atomowy hazard, polityczni spadochroniarze i lekcja podmiotowości z Turku

Wschodnia Wielkopolska stoi na historycznym zakręcie, ale wśród konińskiej elity politycznej z partii rządzącej widać dziś porażającą intelektualną i decyzyjną miałkość. Wyglądają na ludzi, którzy pogodzili się z porażką i nie mają żadnego pomysłu na ten region. Stać ich jedynie na administrowanie. Uczepili się jednej, jedynej karty - budowy elektrowni atomowej. I traktują ją jak polityczne koło ratunkowe ostatniej szansy.
Aż strach zadać głośno to pytanie: co, jeśli ten plan nie wypali i atom ostatecznie będzie miał powstać w Bełchatowie? Co wtedy? Będzie nam się wciskało ładne historie o rekreacyjnych jeziorkach pokopalnianych na osłodę? Czy lokalni liderzy Koalicji Obywatelskiej będą mieli na tyle cywilnej odwagi i honoru, by zrezygnować ze swoich stanowisk i mandatów? Poza tym, nawet przy optymistycznym scenariuszu, atom to perspektywa długich dekad. My potrzebujemy rozwiązań na „tu i teraz”. W przeciwnym razie ta nowoczesna elektrownia powstanie (jeżeli powstanie) jedynie przy zgliszczach tego, co z naszego regionu pozostało.
Ta polityczna bezsilność aż bije po oczach. Inicjowanie przez lokalnego parlamentarzystę akcji zbierania apeli przez rady gmin i miast to jaskrawy dowód słabości jego własnej pozycji w strukturach partyjnych.
Policzek od Warszawy i gnieźnieński absurd
Zresztą to, jak polityczna centrala w Warszawie traktuje nasz region i lokalnych działaczy, widzieliśmy już podczas ostatnich wyborów parlamentarnych. Pierwsze miejsce na liście KO oddano człowiekowi z nadania centralnego, spoza naszego województwa i spoza PO. To był ordynarny policzek dla ludzi, którzy tutaj na miejscu budują struktury.
Ale... do tego właśnie służą Warszawie takie sztucznie sklejone okręgi wyborcze, jak nasz konińsko-gnieźnieński okręg nr 37. Zwróćcie uwagę na jedną rzecz: co tak naprawdę łączy nasz region z regionem gnieźnieńskim? Historycznie, gospodarczo, infrastrukturalnie? Absolutnie nic. To polityczny twór, który skutecznie rozmywa nasz lokalny głos i ułatwia Warszawie desantowanie politycznych „spadochroniarzy”. I ten temat wymaga od nas znacznie głębszego pochylenia się w najbliższej przyszłości.
Twarda lekcja z Turku
Kiedy w Koninie czeka się na atom niczym na mannę z nieba, warto przypomnieć twardą lekcję, jaką odebraliśmy w Turku, gdy zamykano elektrownię Adamów. My nie czekaliśmy na cud odgórny czy zbawienie z Warszawy. Z wygaszeniem przemysłu paliwowo-energetycznego musieliśmy poradzić sobie sami. Przypomnę tylko pierwsze miesiące pierwszej kadencji burmistrza Romualda Antosika, który musiał od zera, w trybie natychmiastowym zabezpieczyć ciepło dla około 85% mieszkańców żyjących w blokach, gdy zamykano elektrownię. I zrobił to, bez grosza wsparcia z góry, pozyskując przy tym zewnętrznego inwestora w naszej strefie inwestycyjnej.
Przetrwaliśmy jako miasto dzięki niesamowitej determinacji, ale też dzięki własnemu ekosystemowi lokalnych, często rodzinnych przedsiębiorstw oraz współpracujących z nimi firm transportowych. Dzisiaj stoimy przed nowym wyzwaniem. Nie możemy opierać się tylko na prostej produkcji. Nasze miasta pilnie potrzebują wejścia na wyższy poziom. Potrzebujemy przedsiębiorstw wysokomarżowych, produkujących towary o wysokiej wartości dodanej. Tylko to zapewni młodym ludziom dobrze płatne, stabilne miejsca pracy na miejscu. Dlatego tak bardzo potrzebny jest nam wspólny front wraz z Kołem i Słupcą pod mądrym przewodnictwem Konina.
Systemowy drenaż naszych miast
Mamy też swoje wewnętrzne, trudne bitwy. Jedną z nich jest drenaż dokonywany przez okalające nasze miasta gminy wiejskie (tzw. gminy obwarzankowe). To systemowy paradoks: gmina wiejska szeroko korzysta z infrastruktury miasta i jej instytucji, podbiera nam podatników budujących się na jej terenie, a jednocześnie brutalnie ogranicza przestrzeń pod nowe, miejskie strefy inwestycyjne czy kluczowe inwestycyjne wyzwania.
Mimo tych barier, Turek walczy i działa z pozycji podmiotu, a nie petenta. Region nie potrzebuje polityków, którzy potulnie przyjmują ciosy i chowają się za plecami lokalnych radnych piszących apele. Potrzebujemy odważnego, zintegrowanego subregionu, który w Warszawie będzie reprezentowany przez twardego gospodarza stąd. Człowieka, który nie da sobie wmówić, że Wschodnia Wielkopolska ma być skansenem i rezerwuarem siły roboczej dla metropolii.
Marcin Derucki, Radny Rady Miejskiej Turku
Dziękujemy za Twoją obecność. Obserwuj nas w Wiadomościach Google, aby być na bieżąco.






