Konińskie wspomnienia: Jak park stał się parkingiem
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

- Jeździliśmy po nim na łyżwach przypinanych do butów, a że mieliśmy tylko jedne, zakładaliśmy je z braćmi na zmianę. Raz Włodek (starszy o rok brat Mirosława) o mało się tam nie utopił. Ganialiśmy jak zwykle po lodzie tam, gdzie znaliśmy jego grubość i wiedzieliśmy, że jest bezpieczny. A Włodek poszedł zbadać mniej rozpoznany teren. Stawiał jeden krok i pukał najpierw jedną nogą, czy lód jest dość wytrzymały, aż tu nagle trrrach! i wpadł tą nogą do wody. Pamiętam, że wyciągnął go Stasiu z sąsiedniego bloku. Woda się z Włodka lała, więc żeby się nie narazić na awanturę w domu, poszliśmy do kotłowni na dworcu. Pan Adamek znał ojca, więc kazał się Włodkowi rozbierać i suszylismy ubranie na piecu.
Ogrodzenie po tragedii
Basen przeciwpożarowy był integralną częścią parku mniej więcej do połowy lat pięćdziesiątych, kiedy utopiło się w nim dwoje rodzeństwa z ulicy Górniczej. Po tragedii kolejarze odgrodzili zbiornik drewnianym płotem. Wkrótce też, kiedy kierowniczką przedszkola została Kazimiera Koczerba, odgrodzono jego teren od parku z jednej strony, a z drugiej od kolejarskich ogródków. – Ale to był tylko drut rozciągnięty między słupkami, pod którym było przejście. Któregoś razu, kiedy jak zwykle uciekaliśmy przed goniącymi nas sokistami albo milicjantami, któryś nie zauważył tego drutu i zahaczył głową, że mało się nie zabił. A ganiali nas, bo my ciągle coś broiliśmy (na fot. nr 4 część parkowej ekipy z lat pięćdziesiątych).
Beczkowego piwa nie było
Kiedy robiło się ciepło, w parku, niedaleko budynku, w którym poczta przechowywała przesyłki (teraz mieści się tam lombard – na fot. nr 5), rozkładano drewnianą podłogę. – Rozstawiano stoły, zrobione w pobliskim tartaku, i od pierwszego maja zaczynały się majówki. Kolejarze sami to organizowali. Kobiety robiły kanapki z pasztetówką, czy grubo pokrojoną kiełbasą, były też śledzie. Piło się wódkę, piwo i oranżadę. Beczkowego piwa nie było, bo nie dało się umyć kufli, a plastików wtedy jeszcze w ogóle się nie używało, więc piwo i oranżada sprzedawane były w butelkach zamykanych na ceramiczny korek ze sprężyną, za które trzeba było zostawić kaucję (wtedy mówiło się zastaw). Grali trzej kolejarze, którzy mieszkali na wagonowni: jeden na trąbce, drugi na akordeonie, trzeci na perkusji.
Zabawy były organizowane przez całe lato, aż do dnia kolejarza, który w tamtych czasach obchodzony był w drugą niedzielę września. W chłodniejsze dni potańcówki przenoszono do świetlicy kolejowej.
- Z czasem z parku przenieśli się z podłogą pod świetlicę, bo tam było wygodniej – wspomina Mirosław Bartkowiak.
Pan Banaszewski
- W latach pięćdziesiątych parkiem opiekował się pan Banaszewski, który pracował na kolei podobno jeszcze przed wojną. Narzędzia - taczkę, grabie, miotłę i łopatę - trzymał u palacza w dworcowej kotłowni. A kiedy go zabrakło, park stał się przystanią dla różnych mętów i zaczął się jego powolny upadek.
Ten upadek był na tyle powolny, że jeszcze w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy chodziłem do sąsiadującego z parkiem przedszkola, wciąż był ładny i zadbany, o czym świadczą załączone zdjęcia (na fot. nr 6 autor tego tekstu ze swoją siostrą Beatą około roku 1967), na których chroni go jeszcze betonowy płot (fot. nr 7). Potem nie pielęgnowany przez nikogo i nie sprzątany, tracił roślinność, dziczał i pustoszał. Aż został zamieniony na parking (fot. nr 8).
- Szkoda tego dworca i tego wszystkiego, co wokół niego było – żałuje Janusz Rogowski, który do połowy lat sześćdziesiątych mieszkał nad konińskim dworcem PKP. - Ten park był piękny. Całe szczęście, że chociaż dąb się zachował.
Wybierz niezawodny samochód spośród niemal 1000 ogłoszeń – szybko, bezpiecznie i w dobrej cenie!












