Między Bieszczadami, Pragą i Wilczynem. Letni powrót do źródeł

Kasia Kordylewska, psychoterapeutka, pomysłodawczyni i współprowadząca wilcze watahy, czyli warsztaty dla kobiet i mężczyzn. Lektorka oddychania integratywnego. Mieszka i pracuje w Bieszczadach, czeskiej Pradze, a wakacje spędza w rodzinnym Wilczynie. Tutaj biją źródła tego, co robi. Obecnie jest organizatorką obozu dla ojców z dziećmi, który odbywa się w agroturystyce Mrówkoraj, nieopodal miejsca, z którego się wywodzi.
Anna Pilarska. - Latem wracasz do źródeł?
Kasia Kordylewska. - W wakacje wracam do Wilczyna. Bo jestem stąd, z jeziora. To dla mnie takie organiczne. Wracam więc na wakacje do siebie. Jestem mocno związana z tą przyrodą. I zawsze jest to dla mnie niebieskie lato. Nie doświadczam tego w żadnym innym miejscu na świecie, tylko tutaj. Miejsce, które kojarzy mi się ze swobodą i dziecięcą beztroską. Gdziekolwiek jestem to i tak wracam.
- Skąd pomysł na wspólny obóz dla ojców z dziećmi?
- To już trzecia edycja i jest to wspólne przedsięwzięcie z kolegą, który organizuje męskie kręgi. Ja również organizuję watahy dla mężczyzn, a słuchając ich, wyczułam rodzaj zagubienia. Być może brakowało im ojca i nie chcieliby tego powtórzyć w relacjach ze swoimi dziećmi. Potrzebna więc była przestrzeń, aby to zrealizować. Tutaj mają swoje kręgi, w których mogą znaleźć wzajemne zrozumienie, wsparcie, podzielić się doświadczeniami, razem do czegoś dojść, zastanowić się jak budować relacje z dziećmi, aby w tym amoku zdobywania, znaleźć również przestrzeń na dobre relacje.
- Jak wygląda praca z dorosłymi i maluchami?
- Jak mają wydzielony czas dla siebie to łatwiej o bliskie relacje, zrozumienie. Muszą się sprawdzić w codziennym gotowaniu, są wspólne śniadania i kolacje, sprzątanie, różne aktywności, które rodzą się z inicjatywy dzieci bądź dorosłych. Wszyscy opiekują się wszystkimi. A dzieci doświadczają stadnego bycia. Wspólnoty. Mogą się przyjrzeć różnym relacjom, modelom wychowania. Mają poczucie bezpieczeństwa, zaufania do przestrzeni, poczucia, że świat może być przyjazny. Dla mnie najważniejsze jest pielęgnowanie tych relacji. Myśmy już nazdobywali. Już tak zdewastowaliśmy siebie i Ziemię, że konieczny jest nowy scenariusz na życie, w którym czas wolny jest jakością i wartością.
- Wilczyn to jakaś magiczna kraina?
- W ciągu roku organizuję warsztaty rozwojowe, tak zwane watahy męskie i kobiece. Jestem lektorką oddychania integratywnego. Ciągle w drodze. A Wilczyn i okolice to jednak szczególne miejsce. Wszyscy, którzy stąd wyjechali, na wakacje wracają i się spotykamy. To jest oczywiste i uprawiamy to od lat. Taka tradycja. Przede wszystkim to moja kotwica. Punkt odniesienia. Na każdym etapie życia miałam potrzebę powrotu, aby wylizać rany. To moje miejsce, w którym czuję się bezpiecznie. Dlatego na końcu wyschniętego jeziora mam ambonę i czekam na powrót wody. Nie zdradza się swojego miejsca na świecie.






