Skocz do zawartości
LM.plWiadomościMogli żyć...?

Mogli żyć...?

Dodano: , Żródło: LM.pl
Mogli żyć...?
Dwaj strażacy stanęli przed Sądem Rejonowym w Słupcy. Odpowiadają za śmierć 24-letniej Marty N. z Turku i 32-letniego Sebastiana R. z Piły. Młodzi ludzie udusili się w holowanej przez strażaków łodzi, która przewróciła się na jeziorze Powidzkim.
Dwaj strażacy stanęli przed Sądem Rejonowym w Słupcy. Odpowiadają za śmierć 24-letniej Marty N. z Turku i 32-letniego Sebastiana R. z Piły. Młodzi ludzie udusili się w holowanej przez strażaków łodzi, która przewróciła się na jeziorze Powidzkim.

Do tragedii doszło 1 maja 2011 roku. Piątka znajomych wybrała się wówczas w rejs wypożyczonym jachtem kabinowym „Balanga”. W trakcie żeglowania zerwał się porywisty wiatr. Łódź się przewróciła. Joanna R., Jolanta G. i Przemysław L. zdążyli wskoczyć do wody. Pod pokładem został Sebastian R. wspólnie ze swoją dziewczyną Martą N.

Pilanin miał patent żeglarski od 15 lat. Był też doskonałym nurkiem i ratownikiem wodnym. Zdołał wydostać się z kabiny, ale wrócił po Martę N. Dziewczyna bała się wypłynąć. Znajdując się w tzw. „poduszce powietrznej”, 24-latka zadzwoniła po pomoc do straży pożarnej w Słupcy.

Telefon odebrał 35-letni Mariusz P. Dyspozytor skierował na miejsce dwie jednostki. Zanim ratownicy dotarli do pary, minęło pół godziny. Uwięzieni w kabinie jeszcze żyli. Strażacy słyszeli krzyki z wnętrza.

Po dwóch próbach dotarcia do Sebastiana R. i Marty N., strażacy zdecydowali się podnieść żaglówkę. Później 54-letni Andrzej K, dowódca akcji, podjął decyzję o holowaniu łodzi do brzegu. Tam, wybito kotwicą pleksę i wycięto otwór w burcie. Kiedy strażacy weszli do środka, para już nie żyła.

Po trwającym blisko dwa lata śledztwie, Prokuratura Okręgowa w Koninie postawiła Mariuszowi P. i Andrzejowi K. zarzuty. Dyspozytor odpowiada za nieumyślne narażenie dwójki młodych ludzi na utratę życia, niewłaściwą ocenę zgłoszenia i dokonanie niewłaściwego rozpoznania oraz rozdysponowania sił. Szef akcji ratowniczej natomiast usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci przez podjęcie błędnych decyzji o postawieniu żaglówki i holowaniu jej do brzegu. To było, zdaniem śledczych, bezpośrednią przyczyną likwidacji „poduszki powietrznej” w kabinie i doprowadziło do uduszenia żeglarzy.

Przed Sądem Rejonowym w Słupcy, obaj strażacy potwierdzili że nie przyznają się do zarzucanych im czynów. Nie chcieli również wyjaśniać w jakich okolicznościach rozegrała się tragedia. – Moi klienci są niewinni. Zarzuty zostały im postawione na sam koniec postępowania przygotowawczego, które zajęło prokuraturze 2 lata. Nie mieliśmy żadnej możliwości, żeby uczestniczyć w tym postępowaniu i nie mieliśmy wpływu na jego kształtowanie. Takie możliwości otwierają się przed nami dopiero teraz, przed sądem – mówi w imieniu oskrażonych mecenas Dariusz Młyńczak. – Materiał dowodowy nie jest jednoznaczny i daje nam duże możliwości. Nie mam wątpliwości, że uda się oczyścić moich klientów z zarzutów.

Jedynymi zeznającymi podczas pierwszego procesu była rodzina zmarłej dwójki. Rodzice i rodzeństwo Sebastiana R. i Marty N., ze łzami w oczach i drżącym głosem opowiadali o dramatycznych okolicznościach w jakich dowiedzieli się o śmierci bliskich. – Już na miejscu, nad jeziorem, ludzie mówili nam, że akcja ratownicza była chaotyczna i prowadzona w sposób nieudolny. Gdyby została lepiej przeprowadzona, nasze dzieci by żyły. Przecież żyły kiedy dotarła pomoc – mówiły zrozpaczone rodziny zmarłych.

Krewni młodych ludzi podkreślali, że do tej pory nie usłyszeli z ust strażaków nawet słowa „przepraszam”. – Żaden wyrok nas nie usatysfakcjonuje. Jedyne co bym chciała to, żeby ci ludzie zostali odsunięci od stanowisk jakie do teraz piastują – mówi Alicja R., matka Sebastiana R.

Kolejny termin rozprawy został wyznaczony na połowę sierpnia. Sąd ma do przesłuchania 43 świadków. 

Andrzejowi K. grozi do 5 lat więzienia, a Mariuszowi P. - kara grzywny, ograniczenia wolności, lub pozbawienia wolności do roku. 
Strażacy przed sądem
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole