Od właściciela Grodźca do współpracownika Wałęsy. Koninianie w Gdyni
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Nie wiemy, ilu koninian pospieszyło nad morze na wieść, że w Gdyni powstaje „Tymczasowy Port Wojenny i Schronisko dla Rybaków”, ale przez „Konińskie Wspomnienia” przewinęło się przynajmniej kilka osób, które po 1921 roku do Gdyni wyjechały lub miały mniej lub bardziej ścisłe związki z tym miastem.
W ratyfikowanym w styczniu 1920 roku traktacie wersalskim przyznano Polsce jedynie 147-kilometrowy dostęp do Bałtyku. Z czego niespełna 60 kilometrów to było otwarte morze (w tym 34 km północnego brzegu półwyspu Helskiego), a pozostała linia brzegowa zamykała Zatokę Pucką. Były to północne i wschodnie granice powiatu wejherowskiego, na którego terenie nie było żadnego większego portu. Decyzja o budowie własnego portu rząd podjął pod koniec 1920 roku, a pierwsze prace ruszyły już w maju roku następnego.
Od ziemian do kelnerki
Na północny kraniec Polski wybierały się nie tylko niespokojne duchy, szukające życiowej szansy w nowym miejscu, ale również osoby zmuszone sytuacją osobistą lub przez wojenną zawieruchę do zaczynania wszystkiego od nowa. Byli wśród nich potomkowie ziemiańskich rodzin Kwileckich i Mańkowskich z powiatu konińskiego, a po wojnie aktor i współpracownik Lecha Wałęsy Szymon Pawlicki, a także kelnerka z Czarnej Mańki i... przyszły wojewoda koniński.
Pierwszy był Stanisław Kwilecki, którego trudno podejrzewać o potrzebę przygód. Powstaniec wielkopolski, ranny w bitwie z bolszewikami pod Białą Cerkwią, nie potrzebował szukać mocnych wrażeń. A jako potomek jednej z najbogatszych rodzin ziemiańskich w Wielkopolsce nie powinien cierpieć na niedostatek. A jednak powodem jego wyjazdu do Gdyni była... trudna sytuacja materialna.
Z powodu nieodpowiedniego ożenku
Jak to możliwe, że dziedzic wielkiej ziemiańskiej fortuny musiał szukać zarobku daleko od rodzinnych stron? Powód był banalny: rodzice nie zaakceptowali kobiety, z która się ożenił. Latem 1920 roku poznał w szpitalu w Bydgoszczy, gdzie trafił po wspomnianej wyżej bitwie, Józefę Tarasiewicz, tamtejszą pielęgniarkę. Pobrali się rok później i dopóki młody mąż, który po wyjściu ze szpitala zajmował się szkoleniem poborowych, pozostawał w służbie wojskowej, nie musieli się martwić o utrzymanie.
W maju 1922 roku 26-letni podporucznik Stanisław Kwilecki został przeniesiony do rezerwy i zapewne to wtedy zapadła decyzja o wyjeździe do Gdyni. Być może we wrześniu, kiedy Sejm Rzeczypospolitej przyjął ustawę o budowie tam portu. W tym samym czasie zbliżała się już do końca budowa 550-metrowego pirsu, czyli rodzaju pomostu służącego do obsługi statków o większym zanurzeniu. Pogłębiono też do siedmiu metrów powstały w ten sposób basen oraz zbudowano szereg budynków i urządzeń portowych.
Kapitanowie mu ufali
Stanisław Kwilecki znał się na rolnictwie i miał pojęcie o cenach żywności, więc w tej nowej dla siebie sytuacji zajął się zaopatrywaniem przypływających do Gdyni statków, choć – jak wspomina jego córka – nie dysponował żadnym kapitałem.
- Ale miał liczące się nazwisko, był pracowity i rzetelny, co pozwoliło mu rozkręcić interes. Wszyscy kapitanowie mu ufali, bo okazał się nad podziw uczciwy, bardzo solidny i punktualny, więc dawali mu pieniądze na zakup żywności – opowiada córka Stanisława, która zna te dzieje jedynie z opowieści, bo urodziła się tuż przed wojną. - Przyjaciel ojca, pan Tomaszewski, opowiadał mi, że kiedyś jakiś statek musiał już opuścić port, a nie miał jeszcze przywiezionej żywności. Jednak kapitan tak był pewny, że tata ją dowiezie, że kazał płynąć wzdłuż brzegu i wypatrywać jego samochodu. Okazało się, że tata miał jakieś kłopoty z kołem i nie zdążył na czas. Ale jadącego plażą zauważyli ze statku i przysłali łódź po zamówioną żywność.
Polska Ameryka
Gdyński etap życia Stanisława Kwileckiego skończył się w 1932 roku, kiedy jego żona zmarła niespodziewanie w wieku 33 lat. Po powrocie w rodzinne strony dostał od ojca w zarząd a później w spadku majątek Grodziec.
Kiedy Stanisław Kwilecki opuszczał Gdynię, miasto miało już 35 tys. mieszkańców, bo do polskiej Ameryki – jak często mówiono - masowo przybywali ludzie z całego kraju w poszukiwaniu szansy na lepsze życie. Z tego powodu prawie jedna trzecia ludności mieszkała w prymitywnych barakach i budach. Przez tamtejszy port, który zaliczano wówczas do najnowocześniejszych w Europie, przewijało się rocznie 5 mln ton towarów. Znacząca ich część była dostarczana z Górnego Śląska budowaną od 1928 roku linią kolejową.
Niespokojny duch
Do takiej Gdyni przyjechał około 1933 roku Piotr Sroczyński, który w tym samym mniej więcej czasie skończył budowę kamienicy przy dzisiejszej ulicy Kolejowej w Koninie. W przeciwieństwie do młodego Kwileckiego bez wątpienia można go opisać jako poszukiwacza nowych wyzwań życiowych. Wystarczy powiedzieć, że w 1910 roku w wieku 17 lat wyjechał do Stanów Zjednoczonych Ameryki, zarabiając na wyżywienie podczas dalekiego rejsu fizycznymi pracami na statku. Ciężko pracując za oceanem, zaoszczędził pieniądze, które pozwoliły mu na wybudowanie wspomnianej wyżej kamienicy.
Dziękujemy za Twoją obecność. Obserwuj nas w Wiadomościach Google, aby być na bieżąco.





