Skocz do zawartości

Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!

LM.plWiadomościOskarżyli Wojewódzki Dom Kultury w Koninie o... sabotaż derbów

Oskarżyli Wojewódzki Dom Kultury w Koninie o... sabotaż derbów

KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Dodano:
Oskarżyli Wojewódzki Dom Kultury w Koninie o... sabotaż derbów
Konińskie Wspomnienia

„Jeździłem osobiście do Warszawy, żeby angażować i podpisywać umowy ze wszystkimi artystami. Zazwyczaj już pół roku wcześniej miałem zaklepane wszystkie angaże, wybranego scenarzystę, reżysera, kierownika muzycznego i scenografa. Sam byłem zdumiony, że udawało mi się zatrudnić pierwszą ligę wszystkich najlepszych kabareciarzy polskich, z ich grupami kabaretowymi”.

Pewną trudność sprawiało organizatorom rozciągnięcie imprezy na trzy dni: pierwszy i trzeci dzień w amfiteatrze, a środkowy - w sali widowiskowej domu kultury. Ostatecznie każdy z trzech dni miał inny tytuł i inną scenografię.

Cenzor czytał na podłodze

Więcej problemów sprawiało przygotowanie i zatwierdzenie repertuaru. Jest to na tyle ciekawy proces, że oddam głos Kazimierzowi Lipińskiemu:

„Zawsze przełomowym momentem było przepuszczenie tekstów przez obowiązkową cenzurę. Z teczką tekstów, otrzymanych wcześniej od artystów, musiałem jechać do Warszawy, do centralnego urzędu cenzury państwowej, czyli Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Tam musiałem otrzymać oficjalne pozwolenie na publiczną prezentację tekstów kabaretowych. Niejednokrotnie już sam ten proces wyglądał jak kabaret. Teksty rozkładaliśmy na podłodze, a cenzor czytał skecze i po zastanowieniu się mówił: «To idzie, a to nie idzie». Można to porównać do ścigania, kto kogo lepiej oszuka, albo kto komu zaszkodzi - cenzor artyście czy artysta cenzorowi. W rezultacie niewiele treści wykreślano nam z tekstów. Choć zdarzało się wyrzucić akurat te najciekawsze. W praktyce podczas występów w amfiteatrze na żywo cenzura się nie sprawdzała. Artyści jako doświadczeni zawodowcy doskonale wiedzieli, jak sobie poradzić, by ominąć cenzurę, by było wesoło i dosadnie. W związku z tym nigdy nie mieliśmy większych kłopotów, ale już nie będę opowiadał, w jaki sposób działaliśmy, żeby nie było szkody ani dla artystów, ani dla widowni, ani dla organizatorów”.

Piknik na 10 tysięcy osób

Inaczej niż podczas pierwszej edycji imprezy drugie derby przyniosły zysk – w kilka dni sprzedano wszystkie trzy tysiące biletów na miejsca siedzące. Zainteresowanie było tak ogromne, że do lipca rozeszło się jeszcze siedem tysięcy dodatkowych biletów na miejsca stojące. W amfiteatrze zmieściło się wtedy w sumie dziesięć tysięcy widzów. Ludzie przychodzili z kocami, siadali na trawie z zakąskami i popitką, więc na widowni i wokół niej trwał wielogodzinny piknik.

„Impreza, przy zaangażowaniu prawie stu wykonawców, trwała do bladego świtu. I tak przez trzy dni z rzędu. Pierwszego dnia w amfiteatrze, drugiego w sali domu kultury i oczywiście w Art Klubie, a trzeciego - znów wielki finał w amfiteatrze. Można było kupić bilet na jeden lub na trzy dni. Było zupełnie normalnie, kiedy ludzie wychodzili z Art-u o dziesiątej rano”.

Konin stolicą kabaretu

Po drugiej edycji impreza stała się sławna daleko poza Koninem i każdy chciał zasiąść na widowni konińskiego amfiteatru.

„Szefowie agencji rozrywkowych z Poznania, Krakowa, Gdańska, Łodzi i innych miast chcieli koniecznie dostać akredytację na konińskie Derby, ponieważ Konin na ten moment stawał się stolicą polskiego kabaretu. Mogli tu spotkać wszystkich najlepszych i najważniejszych artystów kabaretu i estrady w tamtym czasie. Tutaj prowadzono nabór i podpisywano umowy na inne imprezy w Polsce”.

Przy okazji była to też okazji do spotkania i wspólnego spędzenia czasu również dla samych artystów, o czym pisał w swoim satyrycznym przewodniku po Polsce Krzysztof Jaroszyński. Były wtedy tylko dwie takie imprezy w Polsce: Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu i Derby Estradowe w Koninie.

Tajniacy na widowni

Widząc tak wielkie zainteresowanie, władze wyrażały obawy, czy aby rozochocone i ośmielone żartami satyryków towarzystwo nie zacznie wybijać szyb w stojącym naprzeciwko parkingu przy amfiteatrze budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

„Nic takiego się nie wydarzyło. Co nie znaczy, żebyśmy się nie zabezpieczyli. Mieliśmy oczywiście super ochronę. Wśród publiczności mieliśmy rozlokowanych tajniaków po cywilnemu z radiotelefonami, żeby w razie rozróby szybko zareagować. Plan ochrony był dokładanie opracowany”.

Poświęciłem ten tekst głównie derbom, za którymi tak tęsknią pamiętający je mieszkańcy Konina, ale Kazimierz Lipiński w swoim „Śnie o Koninie” pisze jeszcze o wielu innych nie mniej interesujących rzeczach. Czytelnik dowie się z jego wspomnień, jak doszło do organizacji pierwszego festiwalu dziecięcego oraz pierwszego ogólnopolskiego festiwalu... striptizu. Są też wspomnienia z Art Klubu, do którego wejście reglamentowały specjalne karty, jako że w założeniu miało być to miejsce dla środowiska artystycznego. To wydarzenia z tego lokalu są, zdaniem Kazimierza Lipińskiego, powodem, dla którego pewnego dnia trafił za kratki i na wolność wyszedł dopiero po półtora roku.

„Sen o Koninie” liczy osiemset stron i oprócz wspomnień z dzieciństwa, których obszerne fragmenty przedrukowaliśmy w artykule „Kazimierza Lipińskiego sen o Koninie”, zawiera również bardzo dużo informacji o jego działalności od chwili, kiedy założył swoją prywatną firmę. Jest tu i o budowie bulwarów nad Wartą, o projektach zagospodarowania słupa konińskiego z 1150 roku, budowie plaży nad kanałem Ulgi i wielu innych rzeczach, dla których warto sięgnąć po ten gruby, bogato ilustrowany tom, który można kupić w księgarni MAWI w Koninie przy ulicy 3 Maja 2.

strona 2 z 2
strona 2/2
Oskarżyli Wojewódzki Dom Kultury w Koninie o sabotaż derbów
Oskarżyli Wojewódzki Dom Kultury w Koninie o sabotaż derbów
Oskarżyli Wojewódzki Dom Kultury w Koninie o sabotaż derbów
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole