Przyznał się do zabójstwa, bo nie wiedział, gdzie jest i co robi
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Wśród tych funkcjonariuszy miało być między innymi dwóch śledczych z Poznania oraz sam komendant posterunku w Lądku. Jarosław S. twierdził, że przez dwa dni był przez nich bity pięściami po twarzy, a kiedy upadł, kopany po nogach, kręgosłupie i głowie.
Nie widział biegłego
– Bardzo się bałem, co będzie ze mną dalej – wyznał Jarosław S., patrząc prosto w oczy przewodniczącemu składu orzekającego. – Grozili też, że coś złego może spotkać moją rodzinę, więc zgodziłem się na wszystko, czego ode mnie żądali.
– Dlaczego w takim razie nie powiedział pan o tym pani prokurator ani sądowi na posiedzeniu, kiedy decydowano o zastosowaniu wobec oskarżonego aresztu tymczasowego? – padło pytanie.
– Zawsze w pobliżu byli jacyś policjanci, więc wciąż się bałem – Jarosław S. miał na wszystko gotową odpowiedź.
Prokurator Krystyna Kasprzak zapytała oskarżonego, dlaczego w takim razie nie powiedział o swoich obrażeniach biegłemu lekarzowi, który badał go tuż przed umieszczeniem go w areszcie śledczym, a więc krótko po tych straszliwych dniach.
– Ja nie widziałem się z żadnym biegłym – odparł niezrażony Jarosław S.
– A to ciekawe – dopowiedziała pani prokurator – bo biegły sporządził z tych oględzin bogatą dokumentację fotograficzną.
„Pogłaskał po ramiączku”
Miesiąc później za barierką dla świadków stanęli policjanci, którzy mieli – jak twierdził oskarżony – biciem wymusić na nim składanie obciążających go zeznań. Jarosław S. uściślił, że bili go tylko dwaj policjanci – funkcjonariusze pionu kryminalnego przysłani przez Komendę Wojewódzką Policji w Poznaniu. Do dwóch pozostałych policjantów ze Słupcy oskarżony pretensji nie zgłosił.
– Oni mnie nie bili – wyjaśniał. – Również nikt mnie nie bił w ich obecności ani też nie instruował, co mam mówić.
Jarosław S. nie potrafił jednak wytłumaczyć, kto w takim razie zatrzymywał dyktafon, by ukierunkować jego zeznania. Rozmowa z poznaniakami nie była rejestrowana, a do nagrywanego przesłuchania z udziałem funkcjonariuszy słupeckich oskarżony nie wniósł zastrzeżeń.
– Było bicie – powtarzał swoje Jarosław S. – To pan powiedział do mnie – oskarżony zwrócił się do policjanta z Poznania – „albo ty, albo twoja rodzina”. A potem pogłaskał mnie pan po ramiączku i obiecywał, że pani prokurator obniży mi wyrok, jeśli się przyznam? Dlaczego pan kłamie wysokiemu sądowi prosto w oczy?
Sam wszystko opowiedział
– Dość szybko zorientowaliśmy się, że Jarosław S. kręci – zeznał Zdzisław D., policjant ze Słupcy. – Zaczęło się od drobiazgu. Mówił, że nie ma telefonu komórkowego, a potem usłyszeliśmy dzwonek dochodzący z kieszeni jego kurtki. Wypierał się też, że miał numerek z szatni zamordowanej dziewczyny. W końcu zaczął się gubić w szczegółach, aż wreszcie opisał swój udział w wydarzeniach tamtej nocy.
Biegły patomorfolog zaprzeczył jednak, żeby zamordowana kobieta mogła stracić życie w sposób opisany przez oskarżonego, czyli przez przyduszenie całym ciałem do ziemi. Stwierdził, że dziewczyna została uduszona, a jej śmierć nie mogła nastąpić jedynie od nacisku, nawet najsilniejszego, na klatkę piersiową.
Linię obrony Jarosława S. podważyli również biegli psychiatrzy, pod których obserwacją pozostawał on przez kilka tygodni.
– Mieliśmy z badanym znakomity kontakt – powiedział przewodniczący czteroosobowego zespołu biegłych – i sam opowiedział nam cały przebieg wydarzeń, który pokrywa się z tym, co ustalono w śledztwie.
Psychiatrzy wyjaśnili również, że to, co się stało, jest sprzeczne z naturą Jarosława S., który - choć ma niedojrzałą osobowość - to agresja jest mu obca. Przesądzający wpływ na jego zachowanie miał alkohol, który nałożył się na duży popęd charakterystyczny dla młodych mężczyzn. Istotnym czynnikiem był też fakt, że pół roku przed zdarzeniem oskarżony wrócił z wojska.
List do rodziny
Największe wrażenie tak na sądzie, jak i wszystkich obecnych na sali zrobił jednak dopiero list Jarosława S., który został odczytany pod koniec drugiej rozprawy. Mężczyzna napisał go do rodziców z aresztu śledczego trzy tygodnie po tragicznej nocy w lądkowskim lesie.
„Nie zabiłem jej. Wstyd na cały powiat, ale powiedzcie wszystkim, że to był wypadek. Ona mi to zaproponowała. Sama chciała ze mną iść i wtedy coś jej się stało. Byłem przerażony, usiłowałem ją ratować. Przecież wiecie, że nie ruszyłbym nawet kota, a co dopiero człowieka.”
– Byłem w szoku – odpowiedział na pytanie sędziego, jak wyjaśni swój list do rodziców, w którym przyznał się do spowodowania śmierci młodej kobiety. – Nie wiedziałem, gdzie jestem, co piszę, co robię. Mogli też mi coś podać do jedzenia i picia, że do tej pory nie mogę dojść do siebie. Może jakiś środek...
Na następnej rozprawie miał zeznawać szatniarz z Faraona, do którego Jarosław S. zgłosił się po kurtkę zamordowanej. To był ostatni ze zgłoszonych świadków i wielu obserwatorów procesu wyrażało opinię, że jeszcze w grudniu zapadnie wyrok. Tak się jednak nie stało, a o tym, jak do tego doszło, można będzie przeczytać w drugiej części tekstu o zabójstwie w Lądku, która zostanie opublikowana w czwartek 27 listopada.










