Skocz do zawartości

Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!

LM.plWiadomościChciałam być dziennikarką polityczną. Z Aleksandrą Polewską-Wianecką rozmawia Jacek Wiśniewski

Chciałam być dziennikarką polityczną. Z Aleksandrą Polewską-Wianecką rozmawia Jacek Wiśniewski

Material promocyjny

Dodano:
Chciałam być dziennikarką polityczną. Z Aleksandrą Polewską-Wianecką rozmawia Jacek Wiśniewski
Księgarnia MAWI prezentuje konińskich autorów książek

Aleksandra Polewska-Wianecka należy do najbardziej rozpoznawalnych autorek związanych z Koninem.

Firma księgarska Mawi sp.j. Jacek Wiśniewski, Jerzy Majewski
jest beneficjentem programu własnego Instytutu Książki „Certyfikat dla małych księgarni”

Na początek naszej rozmowy zdradź proszę jakie jest twoje wykształcenie. Od lat zajmujesz się zawodowo pisaniem książek i artykułów prasowych a - zdaje się - że nie jesteś ani polonistką, ani dziennikarką z wykształcenia.

Z wykształcenia jestem prawnikiem, ale dziennikarstwo również skończyłam. Co prawda były to podyplomowe studia dziennikarskie, ale bardzo jestem z nich dumna! :) Natomiast chciałabym podkreślić, że studia prawnicze ma w swoim CV wielu pisarzy i dziennikarzy. Od braci Grimm począwszy przez Juliusza Verne, Tadeusza Dołęgę-Mostowicza, Czesława Miłosza, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Jana Brzechwę, Bolesława Leśmiana, aż po Johna Grishama. A to zaledwie kilka przykładów. Poza tym, choć na wydziale prawa nikt nie nauczy się pisać, to z pewnością dobrze przygotuje się merytorycznie do zawodu dziennikarza. Ja w każdym razie, poszłam na prawo właśnie z tą myślą.

Czyli swoją przygodę ze słowem pisanym rozpoczęłaś od dziennikarstwa. Czy związałaś się etatowo z jakąś redakcją, redakcjami?

Tak. Etat w „Przeglądzie Konińskim” był moją pierwszą pracą w życiu. Następnie pracowałam etatowo w poznańskim „Życiu Uniwersyteckim”, a całkiem niedawno w portalu „Konin Nasze Miasto”. Od 24 lat stale współpracuję z tygodnikiem diecezji włocławskiej „Ład Boży”, a od 17 piszę do każdego numeru dwutygodnika diecezji kaliskiej „Opiekun”, gdzie tworzę również rubrykę dla dzieci, co szalenie lubię. Poza tym współpracowałam też kilka lat z „Gazetą Obywatelską”, „Niedzielą” (w której w 2004 roku miałam swój debiut literacki) i wspomnianym „Życiem Uniwersyteckim”, kiedy odeszłam już z etatu.

A propos debiutu literackiego. Kiedy ukazała się twoja pierwsza książka, jaki był jej tytuł i treść?  

Mój debiut literacki ukazał się w maju 2007 roku, nosił tytuł BAJKOWE BIOGRAFIE, a jego bohaterami byli mali: Mikołaj Kopernik, Krzysztof Kolumb, Andersen, Mozart, Gutenberg, Matisse i van Gogh. Książka opowiadała o tym, że w ich dzieciństwie wydarzyło się coś, co sprawiło, że w przyszłości stali się wielcy. To była taka wyprawa po skarby, które każdy czytelnik ma w sobie: talenty, umiejętności, wielkie serca...

Zdecydowana większość twoich książek skierowana jest do najmłodszych czytelników: dzieci i nastolatków. Czy to świadomy wybór? Dlaczego nie piszesz dla dorosłych czytelników?

Ależ piszę dla dorosłych czytelników. Napisałam dla nich 18 książek, a w tym roku ukażą się jeszcze trzy kolejne. Niemniej bardzo lubię pisać dla dzieci i zawsze chciałam pisać przede wszystkim dla nich. Uważam, że literatura dla dzieci jest fenomenalna, magiczna. Pomyśl, choćby takie Muminki, które właśnie obchodzą swoje 80 urodziny. Znają je kolejne pokolenia całego przekroju społecznego. Można dostać Nobla za wspaniałą powieść czy poezję, ale to Królewnę Śnieżkę, Pippi Langstrumpf czy Kubusia Puchatka znają wszyscy: od robotnika po rektora Oxfordu. Niezależnie od przekonań politycznych, stopnia zamożności, narodowości czy nawet wyznania. Ta literatura cudownie łączy ludzi. Poza tym, pomysły na książki dla dzieci same przychodzą mi do głowy, więc coś muszę z nimi robić :). Marzy mi się jednak zacząć pisać powieści dla kobiet. A właściwie powiastki, bo te moje historie zwykle kończą się na stu stronach, a nie lubię stosować „wypełniaczy”. Mam je już w głowie, a jedną czwartą pierwszej także w komputerze. To zwykle opowieści oparte na faktach. Jedno z poznańskich wydawnictw jest zainteresowane wydaniem pierwszej z nich, więc jeśli tylko znajdę czas na dokończenie tekstu, mam nadzieję, że w przyszłym roku się ukaże. 

Od lat teksty twego autorstwa ukazują się w prasie katolickiej. Zdaje się, że większość twoich książek wydały wydawnictwa katolickie. Czy to przypadek, świadomy wybór, a może… znajomości?

Chciałam być dziennikarką polityczną i swoim pisaniem zmieniać świat. Moimi idolami byli wówczas panowie Bernstein i Woodward z Washington Post, którzy pisali o aferze Watergate i doprowadzili do przerwania prezydentury Nixona. Była druga połowa lat dziewięćdziesiątych, studiowałam w Poznaniu i jeden z tamtejszych tygodników pozwolił mi się do tego przyuczać. Byłam wtedy bardzo młoda i pełna ideałów. Kiedy zaczęłam pisać o polityce i zobaczyłam jak od kuchni wyglądają wszystkie strony politycznej sceny, po prostu przestałam wierzyć, że moje marzenia mają sens. Po studiach, już w trakcie pracy dziennikarskiej, moje wcześniejsze zwątpienie tylko się potwierdziło. W 2001 roku byłam tak rozczarowana, że sama, na własną prośbę odeszłam z redakcji i postanowiłam, że swoje studia prawnicze wykorzystam w pełni do swego życia zawodowego.

W międzyczasie, jak wspominałam, pracowałam też w „Przeglądzie Konińskim” i tam pracowało mi się bardzo fajnie, ale jakoś niezręcznie było mi próbować do niego wracać po tym jak odeszłam do redakcji w Poznaniu. Długo mogłabym o tym mówić. Dziś uważam, że dziennikarstwo lokalne jest tak samo ważne i może być tak samo atrakcyjne jak to ogólnokrajowe, ale wtedy czułam się po prostu przegrana. W 2002 roku rozpoczęłam „karierę” urzędową. Mimo najlepszych intencji, nigdy nie odnalazłam się w pracy urzędowej, dusiłam się tam po prostu. Jednak zostałam w budżetówce na blisko 10 lat i zawdzięczam dziś tej pracy kilka fajnych znajomości i pewne wielkie spełnione marzenie.

Ale wróćmy do 2002 roku, bo dusza dziennikarska i tak się we mnie odezwała. Któregoś weekendu odwiedzałam babcię, a ta co tydzień kupowała „Niedzielę” czyli tygodnik katolicki. Mimochodem go przejrzałam, zobaczyłam w niej tekst mojego znajomego i głośno zdziwiłam się, że on tam publikuje. Babcia wtedy wzruszyła ramionami i stwierdziła, że gdybym spróbowała to może i moje artykuły by tam zamieszczano. Powiedziałam jej wtedy twardo, że skończyłam z pisaniem. Ale następnego dnia zadzwoniłam do redakcji i wkrótce ukazał się tam mój pierwszy artykuł. Dwa lata później dostałam medal „Mater Verbi” czyli nagrodę dziennikarską redaktora naczelnego „Niedzieli”. To było dla mnie wielkim zaskoczeniem, czułam się, jak gdybym dostała Pulitzera. Poczułam nieznany mi dotąd wiatr w żaglach. Wyciągnęłam z zapomnianej szuflady swoje bajki dla dzieci i postanowiłam, że prześlę je do różnych wydawnictw. Odpisały dwa, obydwa katolickie i do tego krakowskie: Znak i Rafael. I w ten sposób weszłam na drogę twórczości katolickiej, choć piszę też rzeczy zupełnie neutralne. Dowodem na to są choćby moje „Wielkie małe kobietki”, które świetnie się sprzedały i postrzega się je jako książkę dla małych feministek. Ku mojemu zaskoczeniu, fantastycznie odnalazłam się w tzw. katolickim pisaniu. Dziś uważam, że to było po prostu przeznaczenie. Tym bardziej, że wiara jest dla mnie ogromnie ważna.

Jesteś człowiekiem renesansu, piszesz teksty prasowe, książki dla młodych i dorosłych czytelników. Wiem, że zdarzało ci się także własnoręcznie ilustrować swoje publikacje. Skąd ta umiejętność?

Człowiek renesansu - to brzmi bardzo pochlebnie, ale nie obrażajmy Leonarda da Vinci. Szeroko rozumiana plastyka była od zawsze moją wielką pasją. Rysowanie było moim ulubionym zajęciem jeszcze zanim poszłam do podstawówki. Mam do dziś 60-stronicowy zeszyt pełen moich rysunków z czasów, gdy miałam 5,6 lat. Każda strona to inny obrazek. Wykończony, zaplanowany, właśnie jak ilustracja. Nawet słynne czechosłowackie pisaki, którymi je rysowałam, ani trochę nie wyblakły przez te 45 lat! Moja mama ma świetne zdolności plastyczne, pięknie rysuje, ma rękę do wnętrzarstwa, wspaniale dekoruje ciasta i potrawy. To ona była moją pierwszą nauczycielką rysunku. Moja śp. ciocia, karmelitanka, w czasach siermiężnego socjalizmu robiła ręcznie przecudowne kartki świąteczne, które były częściowo malowane, a częściowo przypominały kolaże. Ciocia wycinała np. święte postaci z obrazków i dokomponowywała do nich tło z kawałeczków aksamitu, cieniutkiej gąbki, czy suszonych kwiatów. To były prawdziwe dzieła sztuki. Podejrzewam, że gdyby kolskie liceum plastyczne miało siedzibę w Koninie, to po podstawówce zdawałabym do niego. Ale ponieważ nie chciało mi się dojeżdżać do Koła, wybrałam ogólniak w Starym Koninie. Niemniej wciąż rysowałam i malowałam. Miałam małe wystawy swoich ilustracji w liceum, byłam grafikiem szkolnych gazetek, rysowałam moim kuzynkom i koleżankom prace na konkursy plastyczne (sic!) i zdarzało się, że te prace wygrywały, ale nie pod moim nazwiskiem. 

Sprzedawałam nawet swoje obrazki. Bardzo mi miło, kiedy wciąż widuję je oprawione, wiszące na ścianach, w domach moich znajomych. Zaraz po maturze zdawałam na Akademię Sztuk Pięknych do Poznania, chciałam być ilustratorem książek. Wydział na który zdawałam miał aż trzy (tak, naprawdę tylko trzy miejsca) miejsca! No i się nie dostałam. Miałam zamiar zdawać rok później, ale po drodze zwróciłam się ku prawu i dziennikarstwu. Dziś widzę, że dobrze się stało, bo choć wciąż lubię rysować nie mogłabym robić tego stale. A pisać mogę non stop. ???? 

Tuż przed maturą brałam udział w plenerze malarskim. Prowadzący go wówczas artysta Piotr C. Kowalski (ówczesny dziekan malarstwa na poznańskiej ASP zresztą) obejrzał moje prace i powiedział, że aby być ilustratorem książek wcale nie trzeba kończyć ASP. Przekonywał mnie bym dalej rysowała i po prostu zgłaszała się do wydawnictw ze swoimi propozycjami. Wtedy uważałam, że mnie zbywa. Że w delikatny sposób próbuje mi powiedzieć, że nie jestem dość dobra by studiować w Akademii.

Kilka lat później przekonałam się, że szczerze mi radził. Poznańska prasa publikowała moje rysunki satyryczne, a potem ogólnopolski tygodnik drukował moje opowiadania dla dzieci razem z moimi ilustracjami. Zatem musiały się nadawać. Zilustrowałam trzy książeczki dla dzieci mojego autorstwa. Myślę o tym by poważniej zająć się ilustracją z czysto praktycznych powodów. Mam mnóstwo pomysłów na książki dla dzieci o Koninie i w ogóle naszym regionie, a współpraca z ilustratorem, nawet takim ekonomicznym, że tak powiem, też sporo kosztuje. Mąż namawia mnie na studia podyplomowe z ilustracji cyfrowej.

Miałaś – zdaje się – także kontakt ze sztuką filmową. Co to było?

Dwie wspaniałe przygody. Pierwsza z filmem pełnometrażowym „Opiekun” w reżyserii Dariusza Reguckiego z Rafałem Zawieruchą, Karoliną Chapko i Radosławem Pazurą w rolach głównych, druga z filmem dokumentalnym „Jur. Historia prawdziwa” w reżyserii Grzegorza Juchiewicza. Do obydwu pisałam scenariusz, ale ponieważ nie jestem zawodową scenarzystką mój scenariusz do „Opiekuna” przekładali na język ściśle filmowy zarówno Dariusz Regucki jak i Bartosz Geisler. Akcja „Opiekuna” rozgrywa się w Kaliszu, a jego najważniejszym bohaterem jest św. Józef Kaliski, w którego wcielił się Andrzej Róg. Film jest w całości oparty na faktach, opowiada o kilku cudach św. Józefa, w tym największym, którym było cudowne oswobodzenie obozu koncentracyjnego w Dachau na cztery godziny przed jego zniszczeniem przez Niemców. Wraz z więźniami. W ciągu pierwszych miesięcy od premiery „Opiekuna” obejrzało ponad 183 tysiące osób. Pod koniec zeszłego roku film trafił do dystrybucji międzynarodowej i odniósł oszałamiający sukces w Brazylii. W ciągu pierwszego weekendu jego bytności na tamtejszych ekranach, wszedł do pierwszej czwórki wszystkich filmów kinowych wyświetlanych w tym kraju. W kwietniu tego roku miał także swoją premierę w USA.

Jeśli chodzi o „Jura” to była to dość kameralna produkcja poświęcona żołnierzowi niezłomnemu - Hieronimowi Piotrowskiemu. Ale miała też swoją premierę w Sejmie RP i na Węgrzech. Tak jak wspomniałam, film to cudowna przygoda (ot choćby dlatego, że jesz przy jednym stole z gwiazdami filmowymi pyzy w sosie truskawkowym w przerwie między zdjęciami! :) ), ale moje doświadczenia z filmem utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że moim środkiem wyrazu jest jednak książka. Bo w książce niemal na wszystko jest miejsce. Nie ogranicza cię budżet, czas trwania filmu i cała masa różnych problemów związanych z produkcją. 

Na koniec krótkie, statystyczne, pytanie. Ile masz na swoim, autorskim koncie napisanych i wydanych książek?

Krótkie pytanie, krótka odpowiedź – 90 tytułów.

Ta liczba robi wrażenie! Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Jacek Wiśniewski

Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Od prawa do 90 książek. Wywiad z Aleksandrą Polewską-Wianecką, autorką z Konina
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole