Dworcowa nie miała chodnika, ludzi woziły dorożki, a on został w Koninie
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Młody Jerzy Ryguła z lewej
Przyjechał do Konina w 1956 roku przymuszony przez ludową władzę nakazem pracy i obiecywał zmartwionym rodzicom, że po trzech latach wróci na Śląsk. Ale Jerzy Ryguła został tu na całe życie, które było pełne kopalnianych przygód, a także - jak się szybko przekonał - niebezpieczeństw w pracy oraz dobrych i gorszych dni.
Już zawsze będę go pamiętał wędrującego w sierpniowym słońcu ulicą Dworcową, która pachniała świeżym drewnem od tartaku, ciągnącego się wtedy tam, gdzie dzisiaj stoją pawilony dawnych Domów Towarowych „Centrum”. Miał zaledwie 19 lat i właśnie skończył Technikum Geodezyjne w Katowicach, a do Konina przysłała go socjalistyczna administracja, która tak zwanymi nakazami pracy wypełniała braki kadrowe tam, gdzie to najbardziej było potrzebne. A w Koninie – wtedy to były jeszcze Gosławice - budowano akurat odkrywkę węgla brunatnego i elektrownię
Siwy koń przed dorożką
Świeżo upieczony geodeta przyjechał do Konina pociągiem 1 sierpnia 1956 roku, kiedy budowano dopiero pierwsze bloki przy ulicy Górniczej, ale z dworcowych schodów nie było ich widać
- Był ciepły, słoneczny dzień, a przed dworcem okrągły klomb z nieczynną fontanną na środku – opowiadał mi kilkanaście lat temu, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. - „Do Konina, do Konina, panie, zawieźć?” – usłyszałem. Z lewej strony dworca stał siwy koń z obrokiem na łbie, a w dorożce wielkie chłopisko. Podziękowałem i ruszyłem przed siebie.
Do tej pory nikt, nawet żaden z moich krewnych, którzy oglądali Dworcową codziennie, bo tutaj się urodzili, nie opisał mi jej tak dokładnie. Dla 19-letniego Jerzego Ryguły to było zupełnie nowe miejsce i zapewne dlatego tak bardzo zapadło mu w pamięć.
Chodnika nie było
Choć przyjechał z wielkiego miasta, olbrzymie wrażenie zrobił na nim ciągnący się wzdłuż ulicy tartak. Poszedł lewą stroną ulicy, bo po prawej tuż przy jezdni stał płot.
– Chodnika nie było, tylko piaszczysta wiejska droga obok wybrukowanej kocimi łbami jezdni – wspominał swój pierwszy dzień w Koninie. – Nie było też wtedy żadnego z budynków, które stoją dzisiaj po lewej stronie ulicy Dworcowej.
Zamiast nich jako pierwsza stała piętrowa kamienica z wejściem w narożniku do jedynego na osiedlu sklepu spożywczo-przemysłowego. A dalej ciągnął się sad z domem maszynisty lokomotyw Teodora Nowopolskiego, otoczony już wtedy z trzech stron przez trzy bloki nowego osiedla przy ulicy Energetyka.
Krowy ryczały i kury gdakały
Na końcu Dworcowej, gdzie ulica krzyżowała się z Bydgoską, młody przybysz zapytał o dalszą drogę mężczyznę – jak się okazało – fryzjera, który oparty o płot czekał na klientów.
- Zaproponował, że nas ogoli, bo po drodze dołączył do mnie drugi młodzian, który przyjechał tym samym pociągiem co ja i z walizeczką w ręku szukał kopalni, ale nie bardzo było co golić, więc tylko nam wytłumaczył, że jak pójdziemy Bydgoską pod górę i cały czas prosto, to w końcu dojdziemy do kopalni.
Dopiero kiedy kandydaci na górników dotarli do ulicy Kolejowej, zorientowali się, że wrócili w pobliże dworca.
- W Niesłuszu krowy ryczały, kury gdakały, gęsi gęgały, a my szliśmy środkiem ulicy. Gdzieś z daleka doszło naszych uszu bicie kościelnego dzwonu, na co mój nowy kolega stwierdził, że dzwonią na Anioł Pański, więc musi być południe.
Bał się domu górnika
W Marantowie nowi pracownicy kopalni załatwili wszystkie formalności i otrzymali skierowania do Domu Młodego Górnika. Dopiero teraz zorientowali się, że już go mijali po drodze.
- Nie bałem się pracy ani tego że będę daleko od domu, bałem się mieszkania w domu górnika, bo na Śląsku one miały bardzo złą opinię. Moi rodzice niczym się tak nie martwili jak tym właśnie, że będę mieszkał w domu górnika. A tutaj wszystko pachniało świeżością, w środku elegancko urządzone. Byłem zaskoczony.
Początkowo młodzi górnicy zaopatrywali się w produkty spożywcze we wspomnianym wcześniej sklepie przy dworcu kolejowym, ale było to dla nich kłopotliwe, bo kiedy wracali z pracy, często brakowało już najbardziej poszukiwanych produktów spożywczych.
- Nie można na przykład było dostać kiełbasy strażackiej, która stanowiła podstawę naszego jadłospisu. Nazywaliśmy ją tak, ponieważ kiedy się ją zagrzało na ciepło, to po nakłuciu widelcem strzelała wodą niczym strażacka sikawka.
Szacunek do tej roboty
Już trzeciego dnia pracy 19-latek przekonał się, że w kopalni odkrywkowej może być niebezpiecznie. Przełożony polecił mu wtedy udać się na miejsce śmiertelnego wypadku, do którego doszło w pobliżu wiaduktu a właściwie kolejowego przejazdu pod ulicą Przemysłową, którym pociągi wywoziły nadkład z odkrywki Gosławice na pola Malińca.







