Dworcowa nie miała chodnika, ludzi woziły dorożki, a on został w Koninie
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Młody Jerzy Ryguła z lewej
– To się stało po wschodniej stronie drogi. Maszynista wszedł na elektrowóz, żeby wyczyścić jeden pantograf i dotknął głową drugiego, który był pod napięciem – wspominał mój rozmówca. – Wielkie wrażenie zrobił też na mnie pogrzeb na cmentarzu parafialnym przy Staromorzysławskiej: orkiestra, mnóstwo ludzi, przemówienie nad grobem – to wszystko było dla mnie nowe. Nabrałem wtedy szacunku do tej roboty i zrozumiałem, że również w kopalni odkrywkowej może być niebezpiecznie, bo mnie, który przyjechałem z Katowic, wydawało się, że w kopalni na powietrzu, nie tak jak w dołowej, nic się nie może stać.
A stoliki się kiwały
Po pracy życie Jerzego Ryguły, jak i innych przyjezdnych pracowników kopalni toczyło się w Domu Młodego Górnika. A że w Czarkowie, bo o nowym Koninie mało kto wtedy mówił, nie było zbyt wielu rozrywek, wymyślili i zorganizowali kawiarnię.
- Ta pierwsza była maleńka, na dziesięć stolików zrobionych w stolarni przy brykietowni. Blaty miały kształt trójkąta troszeczkę wyoblonego na narożnikach, a że stały tylko na trzech nogach, trochę się kiwały. Te przy oknie były czerwone a od ściany zielone - opowiadał.
Pojawiła się też bufetowa – jej rolę pełniła Irena Zdulska - i szafa grająca, która często się psuła, więc naprawiało się ją solidnym szturchnięciem. Wobec braku innych propozycji jako tako kulturalnej rozrywki, odmiennej od tej oferowanej przez Czarną Mańkę - kawiarnia była po południu zawsze zajęta.
Semafor w kawiarni
- I tak żeśmy sobie w tej kawiarence siedzieli i w pewnym momencie okazało się, że jest więcej chętnych niż miejsc i trzeba było ją poszerzyć – usłyszałem przed laty od Jerzego Ryguły.
Dyrektor kopalni Jan Stowski wyraził zgodę i zaoferował pomoc. To był 1958 rok. Kawiarnia przeniosła się na parter, gdzie teraz jest wydział komunikacji Starostwa Powiatowego. Jej wnętrze zaprojektował Jan Sznajder, wtedy również bywalec nowego lokalu, który uchodził za miejsce spotkań konińskiej bohemy.
- Nic nie było, więc trzeba było kombinować – opisywał mi proces organizowania nowej siedziby kawiarni Jerzy Ryguła. - Janek zrobił takich ludzików na szarym tle i mówi „przydałyby się jeszcze kolorowe światła”. Ja mówię, że kolorowe światła mają tylko kolejarze w semaforach. Uznał, że to dobry pomysł i założyliśmy trzy kolory: pomarańczowy, czerwony i zielony i tak to się długo, długo trzymało.
Każdy chciał się tu bawić
W tym samym czasie Jerzy Ryguła założył zespół muzyczny, bo na Śląsku – tak przynajmniej było w tamtym czasie – każdy na czymś grał:
- Pan Stanisław Maciejewski grał na akordeonie, pan Marian Mencel z Modlibogowic grał na perkusji, a ja w zależności od potrzeb na gitarze, pianinie lub klarnecie.
Do tego zespołu doszlusowali potem inni muzycy, jak na przykład Wojciech Jankowski, późniejszy wieloletni kapelmistrz Orkiestry Dętej PAK KWB Konin. Panowie grali na wieczorkach, dancingach, balach i sylwestrach, na które dostać chciał się każdy, komu zależało na godziwej rozrywce. Przynajmniej do czasu pojawienia się na osiedlu konkurencyjnych lokali, które zresztą długo nie potrafiły osiągnąć poziomu kawiarenki NOT-u, jak ją powszechnie nazywano.
Asystent i „krzok”
W połowie lat siedemdziesiątych Jerzy Ryguła został asystentem dyrektora naczelnego Kopalni Węgla Brunatnego „Konin”, a w 1980 roku ukończył Politechnikę Poznańską. Na emeryturę przeszedł w roku 1994, ale nadal pozostawał aktywny społecznie, założył koło seniora Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Górnictwa, do którego i mnie wciągnął, kiedy zacząłem pisać o historii kopalni, po której to właśnie on był dla mnie przewodnikiem.
Oto co mi powiedział, kiedy go zapytałem, dlaczego po wypełnieniu zobowiązań nakazu pracy nie wrócił w rodzinne strony:
- Kiedy wysiadłem z pociągu w Koninie, byłem przekonany, że za trzy lata wrócę do Katowic, ale kiedy te trzy lata już minęły, okazało się, że mnie się tu podoba, a Katowice mnie drażnią. Tutaj miałem coś, z czego nie chciałem rezygnować: jeziora i przestrzeń. Pamiętam, że miejscowi mówili na nas przyjezdnych „ptoki”, w odróżnieniu od autochtonów, którzy byli „krzokami” czyli zakorzenionymi. I ja dzisiaj, po 56 latach (mówił to w 2012 roku – dop. RO) spędzonych w Koninie też już jestem takim konińskim „krzokiem”.
Jeszcze kilka dni temu, kiedy pracowałem nad wspomnieniem Jana Sznajdra, natknąłem się na wzmiankę o Jerzym Rygule i pomyślałem, że muszę go o to zapytać. „Ale czy zdążę?” – zapytałem sam siebie. Nie zdążyłem. Zmarł 22 lutego tego roku. W marcu skończyłby 89 lat.
Żegnaj, Jurku, będzie mi bardzo brakowało naszych rozmów.
Jerzy Ryguła na zdjęciach: 1) z lewej, 2) pierwszy z lewej, 3) drugi z prawej







