Dzień Edukacji Narodowej. Legendarni nauczyciele, którzy zmienili edukację

Zdjęcia z archiwum szkół
Zespół Szkół Górniczo - Energetycznych im. Stanisława Staszica w Koninie
Zdzisław Łuczyński (*27 XI 1929 Zagórów, † 24 II 2021 Konin); Nauczyciel- Legenda, Chodząca Encyklopedia, Wyjątkowy, Wrażliwy Człowiek…

Naukę rozpoczął w Słupcy, ale przerwała ją II wojna światowa. Gdy skończyła się wojenna zawierucha, kontynuował edukację w Liceum Ogólnokształcącym im. K. Marcinkowskiego w Poznaniu. Chciał zostać lekarzem ale ze względu na pochodzenie nie został przyjęty na „medycynę” i postanowił studiować matematykę na Uniwersytecie A. Mickiewicza, gdzie w 1955 r. uzyskał tytuł magistra matematyki. Po studiach otrzymał nakaz pracy w liceum w Sochaczewie ale na własną prośbę przeniósł się do Konina, by wspomóc chorującego ojca i 1.09.1963 r. został zatrudniony w Zespole Szkół Górniczo-Energetycznych. Ze Szkołą Górniczą związał się na 38 lat, najpierw jako nauczyciel matematyki, a później jako wicedyrektor. Jak sam wspominał: 38 lat pracy w Szkole Górniczej to 38 lat życia szkołą, jej problemami, problemami pojedynczych uczniów. Były to trudne i jednocześnie piękne lata.
Swoich uczniów spotykał w kraju i za granicą, na różnych szczeblach hierarchii zawodowej. Wszyscy wspominali Jego fenomenalną pamięć. Był genialnym matematykiem, ale jeszcze lepszym wychowawcą młodzieży i wicedyrektorem. Dopiero po latach jeden z absolwentów zdradził Mu, jak klasa radziła sobie u Niego na klasówkach, mimo że bardzo pilnował, aby żaden uczeń nie ściągał. Gdy rozsadzał uczniów, najsłabsi siadali przy oknach, wyrzucali zadania na dziedziniec szkolny, a tam koledzy pisali rozwiązania dużymi cyframi na asfalcie. Pan Łuczyński odpowiadał za układanie planu lekcji dla szkoły, co robił za pomocą kolorowych kołeczków, które wbijał w ogromną planszę, wiszącą w Jego gabinecie i potrafił tę planszę zapamiętać. Gdy podczas dyżuru natknął się na ucznia, który zamiast być na lekcji tułał się na korytarzu, pytał z której jest klasy. Pechowiec natychmiast był instruowany, gdzie i z kim ma lekcję i był osobiście odprowadzany do właściwej sali przez Dyrektora.
Pan Łuczyński znany był z charakterystycznego szybkiego chodu. Mówiono, że biega po korytarzach jak Bekenbauer (niem. piłkarz, reprezentant Bayernu Monachium), ale wszyscy darzyli Go ogromnym szacunkiem. Zawsze pomógł, doradził, zadbał o dobro drugiego człowieka; zawsze był. Gdy technicy mieli problemy z przedmiotami humanistycznymi, językiem polskim, rosyjskim… i groził im brak promocji do następnej klasy, tylko On potrafił przekonać nieprzekonywalnych pedagogów, że powinni dać im szansę, aby mogli zdać. I dzięki Niemu zdawali. Spędzał w szkole znacznie więcej czasu niż to wynikało z Jego obowiązków służbowych, bo był to Jego drugi dom. Gdy widział leżący na podłodze papierek, podnosił go i wrzucał do kosza. Dyskretnie uchylał drzwi do klasopracowni, by zerknąć na swoich podopiecznych… - jak w domu, jak w rodzinie.
Kiedy odchodził po latach na zasłużoną emeryturę, wszyscy wiedzieli, że kończy się pewna epoka w dziejach szkoły, a rzeczywistość szkolna radykalnie się zmieni - może nawet na gorsze. Tym, którzy odważyli się to głośno powiedzieć, żegnając Człowieka, który przez lata był filarem szkoły - odpowiedział: Nie ma ludzi niezastąpionych. Ale jednocześnie zadbał o to, by godnie Go zastąpiono, bo zostawił ludzi, którzy obserwując Go na co dzień przez lata, dowiedzieli się, jak pozostać człowiekiem, mimo posiadanej władzy. To również jest dziedzictwo Jego życia.
Gabinet wicedyrektora Łuczyńskiego obecnie zajmuje jeden z Jego ulubionych uzdolnionych matematycznie uczniów, którego kilkadziesiąt lat temu, po sprawdzeniu rozwiązanych przez niego zadań, poprosił do siebie, do tego właśnie gabinetu, by wspólnie przedyskutować zastosowane rozwiązania, udzielić ostatnich, merytorycznych wskazówek i nagrodzić wysoką oceną. Czy przeczuwał, że Go kiedyś zastąpi??? Niby zwykła rozmowa ucznia i Mistrza, ale zapamiętana na lata.


