Ks. Sławomir Homoncik: „Jezus był do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu”

fot. E. Szymański (Sanktuarium Matki Bożej Licheńskiej)
Jako ludzie wiele rzeczy robimy pod wpływem emocji, jak to nazywamy „czucia”. Jeśli coś czujemy, to robimy. Jeśli czegoś nie czujemy, to nie robimy. I to jest duży błąd, szczególnie człowieka wiary. Uczucia, emocje są tylko jednym z elementów, które kształtują życie. Mogę mieć wrażenie, że Pana Boga nie ma, ale to nie jest coś, co ma decydować o moich wyborach. Człowiek ma jeszcze wiarę, wolną wolę, doświadczenie, rozum. I jeśli na tym się opieram, na wierze, na swoim doświadczeniu z przeszłości, kiedy doświadczałem Pana Boga blisko, mogę także bezpiecznie przejść przez to konkretne uczucie niepewności, osamotnienia, które w danym momencie przeżywam.
Dużo widzi ksiądz w dzisiejszych ludziach tej niepewności, zwątpienia?
Do sanktuarium w Licheniu przyjeżdżają różne osoby, często na zakręcie swojego życia. Zdarzają się osoby, u których pojawiła się diagnoza choroby nowotworowej i lekarze mówią, że zostało im kilka miesięcy życia. Niektóre po modlitwie przed obrazem Matki Bożej, spowiedzi, Eucharystii – mamy takie świadectwa, bo ludzie do nas piszą - doznali łaski uzdrowienia. Poszli do lekarzy i okazało się, że diagnoza jest zupełnie inna.
Ale są też takie osoby, które po modlitwie wyjeżdżają bez łaski uzdrowienia fizycznego. Od strony medycznej nic się nie zmienia. Diagnoza jest taka sama. Miesiąc, dwa miesiące życia. Doświadczają jednak łaski cudu uzdrowienia wewnętrznego. Wyjeżdżając, mówią: „Ja się już nie boję. Ja teraz zupełnie inaczej patrzę na moją chorobę i na to, co mnie czeka. Wiem, że Jezus jest ze mną".
Wracając do pytania, od którego pan zaczął naszą rozmowę: Czy czasy mamy niespokojne? Tak, czasy mamy niespokojne, ale zawsze w życiu człowieka są jakieś czasy niespokojne. Możemy je przeżywać, nakręcając w sobie lęk. On nas będzie wtedy coraz bardziej przerażał, jeśli nie będziemy mieli Bożego oparcia w życiu. Ale możemy też przeżywać czasy niespokojne, budując czy wzmacniając relację z Bogiem, który ciągle będzie powtarzał: „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata".
Wspominał ksiądz o doświadczeniach ludzi przyjeżdżających tutaj do Lichenia. Oni też mają takie momenty czasem, że – tak jak Jezus na krzyżu – wołają do Boga: „Dlaczego mnie to spotyka? Dlaczego tak jest?”
Wiele osób ma takie doświadczenie i stawia takie pytania. I to nie jest coś złego. Wątpliwości, które pojawiają się w naszym życiu, nie są jakimś wielkim problemem. Ważne, jak my je przeżywamy. Czy one nas zamkną w sobie, pochłoną nas, czy też z nimi przyjdziemy do Ojca, odkryjemy serce, wypowiemy, oprzemy się na wierze, czerpiąc przykład z Jezusa, i będziemy szli, ufając, że jednak Bóg jest.
Kiedyś spotkałem matkę, która w krótkim czasie, w tragiczny sposób straciła dwóch synów. Pamiętam do dzisiaj jej odpowiedź na pytanie, które zadał jej jeden z kapłanów. Zapytał – może głupio w takim momencie – „Jak się pani trzyma?”. Ona odpowiedziała: „Staram się nie pytać: <<dlaczego?>>, bo na to pytanie pewnie odpowiedzi nie ma. Pytam Boga: <<Co dalej?>> i staram się z Nim być”.
Co ta niepewność daje nam w życiu?
Spotykam czasem małżonków, którzy mówią, że kryzysy wzmacniają ich relację. Bardziej sobie ufają, lepiej siebie poznają. Myślę, że kryzysy naszej wiary, jeśli są dobrze przeżyte, wzmacniają często nas samych lub relacje z innymi.
Bywa też tak, że dobrze przeżyty kryzys czy wątpliwości, które mamy w życiu, stanowią swego rodzaju bogactwo na przyszłość. Dla mnie samego różnego rodzaju kryzysy, które w swoim życiu przeżywałem, potem okazywały się kopalnią wiedzy dla zrozumienia i wspierania innych.
W opowieści o męce Chrystusa jest też postać, która razem z Nim przeżywała niemalże całą tę drogę. Ile lęku było w Maryi w tamtych momentach?
Myślę, że u Matki Bożej od samego początku było dużo uważności, przemyślania, zastanawiania się nad tym, co się dzieje. Ewangelia mówi, że Maryja zachowywała wiele spraw i rozważała je w swoim sercu. Ale to, co jest piękne i pouczające dla nas, że w Niej nie było buntu przeciwko temu, co się działo. Matka Boża miała niesamowicie dużo zaufania do Pana Boga. Wiedziała, że w Jej życiu ma się zrealizować wola Boża i godziła się na to.
Jest to dla nas bardzo cenna wskazówka. Kiedy my przeżywamy różnego rodzaju kryzysy, a dodatkowo mamy jeszcze niedobór wiary, a przecież mamy jakieś braki, szybko może się pojawić pokusa, by wejść w pewien bunt, narzekanie, złorzeczenie czy nawet odejście. Oczywiście od strony ludzkiej bunt też jest dopuszczalny, bo mamy prawo do tego, żeby wyrazić swoje zdziwienie, niezadowolenie czy nawet oburzenie przed Panem Bogiem. Natomiast, jako ludzie wierzący, nie powinniśmy odwracać się wówczas od Pana Boga, co często dzisiaj zdarza się u niektórych ludzi, których życie jest naznaczone wieloma problemami. Uciekają w ten sposób od Kogoś, kto zawsze stanowi wsparcie.
U Matki Bożej, która patrzyła na to, co oprawcy robią z Jej Synem, na pewno był obecny ogromny ból. Natomiast tam nie było złorzeczenia Panu Bogu i buntu. Nasz bunt tak naprawdę często trąci pychą, która krzyczy: ja wiem lepiej, ja wiem, jak coś powinno wyglądać i jak się układać. Matka Boża jest dla nas drogowskazem, że możemy mieć inne zdanie, ale Bóg jest Bogiem, a my jesteśmy tylko ludźmi. Bóg nas kocha, więc zawierz Mu i zaufaj do końca nawet, jeśli czegoś nie rozumiesz i coś nie układa się tak jakbyś sobie wymarzył.
Dużo mówi się dziś o emigracji wewnętrznej. Ludzie trochę odcinają się od tych złych wiadomości, które do nich docierają, uciekają od tego, co się dzieje na świecie. Są przebodźcowani różnymi wiadomościami. Jezus, choćby podczas modlitwy w Ogrójcu, też trochę tak reaguje. Prosi: „Odsuń ten kielich ode mnie” — mówi do swojego Ojca. Z drugiej strony koniec końców jednak staje naprzeciwko tego wyzwania, nie ucieka przed nim.
Jest taka zasada w życiu duchowym, która mówi, że sposobem radzenia sobie z pokusą może być czasem ucieczka. Nie nazwałbym tego ucieczką ze strachu, tylko świadomym wyborem, żeby nie być przebodźcowanym, żeby nie dać się pochłonąć czemuś, co nas zdecydowanie przerasta. Przebodźcowanie jest niekiedy działaniem zamierzonym, bo media chcą przykuć naszą uwagę jak najdłużej, jak najczęściej, a przykuwają naszą uwagę często sensacją, tragedią, bólem, co jest mocno nacechowane emocjami, które targają sercem i napełniają lękami o siebie, o innych, szczególnie bliskich, o przyszłość.
U niektórych ludzi lęk narasta, nie są w stanie sobie z nim poradzić. Myślę, że dobrym rozwiązaniem byłoby wtedy odsunięcie przynajmniej części tych negatywnych komunikatów. Nie tyle, by uciec i zaprzeczyć, że różnych rzeczy nie ma, ale by realnie spojrzeć na życie, że są trudne rzeczy, ale są też rzeczy pozytywne. Skupianie tylko na negatywnych rzeczach często doprowadza do depresji, załamań, poczucia bezsensu, wrażenia bycia osaczonym przez świat. Niektórych wprowadza to w skrajne stany chorobowe.
Jestem przekonany, że często jest to sposób działania złego ducha, który straszy nas pewnymi rzeczami dziejącymi się gdzieś daleko, albo nawet blisko, ale nie mamy tak naprawdę na nie wpływu. Świat polityki, w którym wiele osób żyje z ogromnym zaangażowaniem, pasją, wydarzenia, które dzieją się za Oceanem, w Afryce i innych częściach świata sprawiają, że serca tych ludzi napełniają się agresją, złością, niepewnością, buntem. Takie osoby niekiedy zapominają o tym, co dzieje się w ich domach, tak naprawdę zapominają, że mają bliskie osoby, z którymi można rozmawiać, funkcjonować, cieszyć się, wspierać i kochać.
Wiedząc o różnych rzeczach, które się dzieją dalej czy bliżej od nas, nie powinniśmy dać się odłączyć od tej drogi, którą każdy z nas ma, od powołania, jakie każdy z nas otrzymał. Bo jak to ktoś kiedyś powiedział: „Zbawiamy się tak naprawdę z tymi ludźmi, z którymi żyjemy na co dzień, a nie z tymi, którzy są gdzieś tam po drugiej stronie kuli ziemskiej”.



