Luksus w latrynie czyli jak i dlaczego doszło do upadku kamienicy Essowej
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Latryny znajdowały się w północnej części kamienicy, tuż przy ulicy Zamkowej i w sąsiedztwie bramy. Każda miała dwie kabiny, które wewnątrz nie różniły się niczym od klasycznych wiejskich latryn. Zbigniew Wojnarowski zwierzył mi się, że zastanawiało go, jak poradzono sobie z usytuowaniem ich na trzech kondygnacjach. Przecież nieczystości spadały na dół do wspólnego dołu kloacznego, więc nie mogły znajdować się dokładnie jedna nad drugą.
- W końcu doszedłem do wniosku, że podobnie jak w średniowiecznych zamkach ubikacja na pierwszym piętrze musiała być nieco cofnięta w stosunku do tej na parterze, a jeszcze głębiej była usytuowana kabina na najwyższej kondygnacji - stwierdził.
Nieczystości pod drzwiami
Choć kamienica Essowej nie miała kanalizacji, to przez pewien czas funkcjonowała tam jej namiastka. Na każdym piętrze założono bowiem tuż przy latrynach zlewy, do których wylewano nieczystości i zużytą wodę. Przez ponad sto lat istnienia kamienicy wodę przynoszono do domu w wiadrach.
- Pamiętam dziadka noszącego wodę ze studni na placu Zamkowym - wspomina Małgorzata Sokołowicz.
Znaczącym ułatwieniem dla mieszkańców było wywiercenie studni w podwórzu. Wtedy też co niektórzy doprowadzili ją sobie bezpośrednio do mieszkania, a w ślad za nią zorganizowali również łazienki. Co naturalną koleją rzeczy podniosło jej zużycie a co za tym idzie i obciążenie zlewów.
I wtedy zaczęły się konflikty, ponieważ przeciążone rynny, którymi nieczystości odprowadzane były do studzienki, zaczęły się rozpadać, a ich zawartość wylewać na galerię i pod drzwi najbliższych mieszkań. Ich właściciele zaczęli więc demontować zlewy, ponieważ - jak powiedzieli Lechowi Gołyńskiemu - nie mogli się doprosić sąsiadów, żeby wylewali swoje nieczystości bezpośrednio do studzienki.
Ubikacje zabili deskami
W rezultacie wieloletnich zaniedbań w 1986 roku, kiedy Lech Gołyński odwiedził kamienicę Essowej, budynek znajdował się już w opłakanym stanie. Jak stwierdził jeden z lokatorów, Zrzeszenie Prywatnych Nieruchomości, które przejęło przymusowo zarząd kamienicy od Stefanii Esse, nie zrobiło niczego poza zainstalowaniem pompy w podwórzu. Z kolei Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, w którego zasobach kamienica znajdowała się od końca lat siedemdziesiątych, tak wyremontowało dach, że podczas opadów woda przeciekała do mieszkań. Ale to nie koniec nieszczęść:
- Bywało, że nieczystości wypływały z ubikacji na podwórze. Można było dostać nie tylko tyfusu, ale i ciężkiej cholery - skarżył się dziennikarzowi mieszkaniec. - Niedawno po raz drugi zachorowałam na wirusowe zapalenie wątroby. Lekarz mówił, że tę chorobę roznoszą szczury. Są wszędzie.
W reakcji na skargi we wrześniu 1985 roku PGKiM zlikwidował problem, zabijając wejścia do ubikacji deskami. W zamian postawiono dla mieszkańców kamienicy latryny po drugiej stronie ulicy Staszica.
„Szczurowisko”
Zbigniew Wojnarowski zapożyczył tytuł swojej najnowszej książki „Szczurowisko” z reportażu Lecha Gołyńskiego z 1986 roku.
- Kiedy ja tam mieszkałem, a potem odwiedzałem z mamą ciotkę Kazusiakową, na szczury nigdy się nie natknąłem - tłumaczy. - Za to mama mi opowiadała, że bawiłem się z myszą. Jak najbardziej prawdziwą.
W powieści Wojnarowskiego szczur Siwy opowiada historię Zuzy i jej brutalnego męża, lektora Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Koninie. Młoda kobieta poznaje kierownika kina, w którego ramionach rekompensuje sobie lekceważenie i siniaki pod oczami fundowane jej przez męża. Jednak po pewnym czasie rogacz dowiaduje się prawdy i postanawia działać.
Autor umieścił skonfliktowane małżeństwo w znanym sobie doskonale mieszkaniu Marii Kazusiak, które przylegało do baszty i do którego należał pokoik zajmowany przez Stefanię Esse w ostatnich latach jej życia.
- Uświadomiłem sobie pisząc tę książkę, że coraz mniej jest ludzi, których mogę zapytać o to, czego nie wiem lub nie pamiętam z kamienicy Essowej i historii mojej rodziny - tłumaczył mi Zbigniew Wojnarowski. - Z drugiej strony jak nawymyślam cudów, to nikt nie będzie miał do mnie pretensji.
Remontowano gorsze rudery
W 1986 roku zdawano sobie sprawę, że jedynym rozwiązaniem problemów z kamienicą Stefanii Esse jest przeprowadzenie kapitalnego remontu.
- Rozebrać chałupę jest najłatwiej - mówił wtedy jeden z rozmówców Lecha Gołyńskiego. - Jestem z zawodu murarzem i ten dom można uratować. W swoim życiu remontowałem gorsze rudery, a pozostawialiśmy cacka. Przecież to piękna kamienica o solidnych fundamentach i murach grubych na półtora i dwie cegły. Prac musieliby się jednak podjąć prawdziwi fachowcy a nie ci partacze, co zakładali dach.
Według fachowców budynek wymagał wymiany stropów i klamrowania, czego nie można było zrobić z lokatorami w środku. Kiedy wreszcie udało się ich przenieść, zabrakło pieniędzy na remont. W grudniu 2010 roku, a więc niemal ćwierć wieku później pojawiła się nadzieja, że „zabytkowy gmach zyska nowe oblicze”, jak napisał dziennikarz Głosu Wielkopolskiego. Nadzieję obudziła zmiana właściciela. Nic się jednak w kamienicy Essowej nie działo i już chyba nie wydarzy.
W trakcie pracy nad tym tekstem nawiązały ze mną kontakt dwie osoby, które mieszkały w kamienicy Essowej, co sprawia, że za jakiś czas powstanie jeszcze jedna o niej opowieść, w której więcej napiszę o samej Stefanii Esse oraz o lokatorach kamienicy i ich mieszkaniach.
Poniżej druga część filmu „Ballada o martwym domu”, zrealizowanego w 2004 roku przez Bartka Rychlickiego w Amatorskim Klubie Filmowym „Muza” w Koninie
Pogoda bywa kapryśna – kliknij teraz i sprawdź prognozę, żeby nie dać się jej przechytrzyć!




