Najstarszy dworzec kolejowy w Koninie przetrwał sto lat. Ten będzie czwarty
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Barbara Nowacka doskonale pamiętała też kasjera, pana Ziębę - może dlatego, że był mężem jej nauczycielki - który urzędował po prawej stronie od wejścia na dworzec, gdzie można też było nadać bagaż i przestudiować wiszący na ścianie rozkład jazdy pociągów.
- Dalej w korytarzu były po obu stronach ubikacje, po lewej damska, po prawej - męska. Nowoczesne, przyzwoite ubikacje, z umywalkami, z sedesami jak się należy.
Witali Greisera
Już w pierwszych dniach września 1939 roku na wschodnie skrzydło konińskiego dworca spadła lotnicza bomba burząca (fot. 7). Do lipca 1940 roku Niemcy usunęli zniszczenia, a rok później przystąpili do gruntownej rozbudowy linii kolejowej z Poznania do Kutna, budując między innymi drugi tor, nowe nastawnie i parowozownię, drugą wieżę ciśnień i zbiorniki przeciwpożarowe oraz siedem domów mieszkalnych dla rodzin kolejarzy przy ulicy Kolejowej (fot. 8). Przy wszystkich tych pracach na konińskiej stacji zatrudnieni byli głównie żydowscy więźniowie utworzonego w połowie 1941 roku obozu pracy w Czarkowie, zlokalizowanego u zbiegu ulic Torowej i Kolejowej.
Dworzec kolejowy był świadkiem wywózek mieszkańców Konina w głąb Rzeszy i do Generalnej Guberni. Na okupacyjną tułaczkę odjeżdżali z konińskiego dworca również mieszkańcy innych miejscowości powiatu konińskiego, między innymi: Kleczewa, Kazimierza Biskupiego, czy Zagórowa. Wszyscy oni byli przewożeni wagonami bydlęcymi. Dworzec był też podczas wojny, a dokładnie w lipcu 1941 roku, świadkiem powitania Arthura Greisera, namiestnika Rzeszy w Warthegau, który przybył do Konina na zaproszenie burmistrza Hinkla na uroczystość nadania miastu prawa gminy niemieckiej.
Brzęk sztućców zamiast zegara
W 1953 roku na piętrze dworca zamieszkał z rodziną Stanisław Rogowski, którego przeniesiono na konińską stację z Koła i zatrudniono na stanowisko dyżurnego ruchu. Wraz z żoną i ośmioletnim wtedy synem Januszem zajęli jedno z czterech służbowych mieszkań, znajdujących się na piętrze dworca kolejowego. Zamieszkali we wschodniej części budynku, gdzie sąsiadowali z rodziną zawiadowcy stacji, która ze swoich okien widziała jedynie perony, torowiska i rozciągające się za torami sady i pola. Rogowscy mieli nieco bardziej urozmaicony widok, bo na rozległy plac przed dworcem, z dorożkami czekającymi na podróżnych i fontanną na środku okrągłego klombu. Na wprost okien mieli wylot ulicy Dworcowej, na prawo od niej tartak, a po lewej rozrastające się coraz bardziej osiedle, które tuż przed ich przybyciem właśnie zaczęło powstawać.
- Zamiast uderzeń zegara, czas wyznaczał nam brzęk sztućców w kredensie - wspomina z uśmiechem Janusz Rogowski. - „Aha”, mówiła mama, „piąta godzina, bo leci Poznań”. Myśmy już nie zwracali na to uwagi, pociągi nawet nas nie budziły, ale nowi goście się dziwili: „o, szklanki dzwonią”, mówili. „A niech sobie dzwonią”, odpowiadaliśmy. Bo myśmy wiedzieli, o której godzinie jaki pociąg wjeżdża i w którą stronę dalej jedzie, czy to towarowy czy osobowy. Dużo tego było, bo wtedy wszystko szło przez kolej, budowa elektrowni jednej i drugiej, w ogóle cały przemysł.
Olbrzymie pokoje
Wprawdzie mieszkania miały tylko po dwa pokoje, ale były olbrzymie.
- Po największym pokoju, który miał ponad osiem metrów długości, jeździłem rowerem - wspomina z nostalgią pan Janusz - a w kuchni mieściły się dwa duże stoły.
Janusz Rogowski pamięta jeszcze, że w mieszkaniach położonych w zachodniej części budynku dworcowego mieszkali z rodzinami kontroler ruchu Szczubełek i dyżurny ruchu Sapikowski.
Na dwa mieszkania przypadała jedna łazienka z bieżącą wodą, ale tylko zimną.
- W łazience był potężny kocioł, w którym gotowało się wodę do mycia. Za to ogrzewanie mieliśmy z kotłowni znajdującej się w podziemiu, mniej więcej pod kasami biletowymi, która ogrzewała też cały dworzec.
Pod mieszkaniami znajdowały się biura kasy bagażowej, wejście do dyżurki dyżurnego ruchu i inne kolejowe pomieszczenia biurowe. Sam dworzec mieścił się w środkowej części budynku.
Chińczyk na dworcu
Na lewo od głównego dworcowego wejścia wchodziło się do poczekalni, którą po wojnie przerobiono na świetlicę.
- Można tam było nawet wypożyczyć książki, było domino, warcaby, chińczyk - wspomina Janusz Rogowski. - Zimą, jak nie było co robić, to tam szliśmy. Chyba że byli pasażerowie, to wtedy kierowniczka świetlicy nas wyganiała. Chodziliśmy tam tak długo, dopóki nie mogliśmy pić piwa. No bo jak już wyrośliśmy, to szliśmy na piwo do dworcowej restauracji.
Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!






















