Skocz do zawartości

Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!

LM.plWiadomościRok 1984 w Koninie. Zatorze wciąż rosło a na piątym tylko Adam i Ewa

Rok 1984 w Koninie. Zatorze wciąż rosło a na piątym tylko Adam i Ewa

KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Dodano:
Rok 1984 w Koninie. Zatorze wciąż rosło a na piątym tylko Adam i Ewa
Konińskie Wspomnienia

Fot. Mieczysław Bednarz

Ukoronowaniem tego systemu były kartki na kartki, które wprowadzono, żeby utrudnić obywatelom wyłudzanie dwóch kompletów kart zaopatrzenia. Jak każdy student mieszkający wtedy w Poznaniu mogłem przecież pobrać je zarówno w Koninie, jak i w miejscu swojego tymczasowego pobytu. Specjalna wkładka do dowodu osobistego, do której wpisywano pobierane kartki, miała na celu uniemożliwienie takich kombinacji.

Ryba musi być!

Wprawdzie nigdy nie widziałem sklepu, w którym stałby tylko ocet, ale mięsny z golusieńkimi półkami zdarzyło mi się zobaczyć. Z rocznika Wielkopolskiego Zagłębia wynotowałem pretensje (umieszczane zazwyczaj na ostatniej stronie w dziale zatytułowanym „Mikrozagłębie”, które miało nieco lżejszy charakter od pozostałych części dwutygodnika), że w kiosku Ruch przy dworcu kolejowym „brakuje biletów na autobusy komunikacji miejskiej”. W innym numerze dziennikarz pyta krótko, „dlaczego w konińskich kioskach Ruchu nie można nabyć tak luksusowego towaru jak grzebienie do włosów?”. W marcu znów informuje, że „w piątek oraz wolną sobotę na terenie Konina brakuje świeżego chleba”.

Z kolei w rozwiązanie problemu braku ryb w Koninie zaangażował się nawet minister Zygmunt Łakomiec, który na wyjazdowym kolegium Ministerstwa Handlu Wewnętrznego i Usług „energicznie stawiał bardzo sprawę ryb dla woj. konińskiego, stwierdzając m. in., iż w tym województwie ryba musi być!". Tak twarde postawienie sprawy przez wysokiego przedstawiciela rządu przyniosło ten skutek, że miesiąc po jego wystąpieniu ryby... nadal były w konińskich sklepach nieobecne.

Było, ale już nie ma

Nad przyczynami tego stanu rzeczy oprócz rządzących i konsumentów głowili się także dziennikarze. W lutym w Wielkopolskim Zagłębiu można było między innymi przeczytać, że „szczególnie teraz problemy z kupnem czegokolwiek odczuwają kobiety pracujące. Kolejki i narzekania to codzienny widok naszego miasta”. Okazuje się, że większość atrakcyjnego towaru wykupują osoby, które mają czas stać w kolejkach od rana, a nawet w nocy, więc pracujący do południa nie mają z nimi szans i kiedy w drodze do domu zachodzą do sklepów po zakupy, słyszą jedynie: „było, ale już nie ma".

Remedium na to mogła być, zdaniem autora notki, zmiana planu „stałych dostaw na inne dni tygodnia i różne godziny (w tym również popołudniowe). Niech atrakcyjny towar do sklepów trafia losowo. Wówczas kupno artykułów nie będzie wynikiem wystania przez tych, co mają czas, lecz dziełem przypadku. Może wtedy również pracującym od czasu do czasu uda się kupić coś atrakcyjnego, a kobiety zamiast przeznaczać urlopy na stanie w kolejkach i bezskuteczne poszukiwania po mieście, zajmą się innymi obowiązkami?”.

Sami sobie przywieźli

Tak jak rozbrajająco naiwne wydają się nam dzisiaj tamte pomysły na rozwiązanie problemów z zaopatrzeniem, tak zdumiewające są sposoby, jakie na niewydolność i lekceważenie klienta przez pracowników uspołecznionego handlu znajdowali zdesperowani klienci. Opisana niżej historia dotyczy książek, które w 1984 roku również były towarem deficytowym. A chodziło o nie byle jaką książkę, tylko o Małą Encyklopedię Powszechną PWN.

Otóż w pewien lutowy poniedziałek, który był wtedy w handlu dniem wolnym za minioną sobotę, przywieziono z Poznania towar, między innymi tak oczekiwane przez klientów encyklopedie. A oczekiwali oni czujnie, bo pojawienie się tego wydawnictwa w sprzedaży było od dawna zapowiadane. Ponieważ obie konińskie księgarnie były tego dnia zamknięte, przydział dla tej przy ulicy Dworcowej zawieziono kierowniczce sklepu do domu, natomiast dla tej drugiej zabrano z powrotem do Poznania. Dlaczego? Bo kierowniczka księgarni przy ulicy Armii Czerwonej (dzisiaj 3 Maja) nie mieszkała w Koninie. Kiedy we wtorek zaczęła się sprzedaż encyklopedii w placówce obok Domów Towarowych „Centrum”, klienci w starym Koninie zaniepokoili się, czy aby ktoś ich przed nimi nie schował, żeby sprzedać znajomym, albo na przykład na czarnym rynku, gdzie płacono za nią trzy razy więcej niż w sklepie. Po telefonie do Poznania wyjaśniło się, że książki są, ale nikt ich teraz nie przywiezie, bo się nie opłaca jechać z tak małą ilością towaru. W rezultacie jeden z klientów zaproponował, że przywiezie encyklopedie do Konina własnym samochodem, za co reszta zwróci mu koszty. Wszyscy przystali na to rozwiązanie z ochotą, płacąc z tej radości ochotnikowi podwójną cenę benzyny, więc i on na tym zarobił.

Ciąg dalszy opowieści o roku 1984 w Koninie w następnym tekście z cyklu Konińskie Wspomnienia.

Za udostępnieni zdjęcia Zatorza dziękuję panu Mieczysławowi Bednarzowi

strona 2 z 2
strona 2/2
Rok 1984 w Koninie. Zatorze wciąż rosło a na piątym tylko Adam i Ewa
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole