Rolnicy ostro o Mercosur i opłacalności produkcji. „Zostają najtwardsi”

„Od myszy do cesarza każdy żyje z gospodarza” – mówi jeden z rolników z powiatu konińskiego, uczestnik Wielkopolskiego Forum Rolniczego, które odbyło się w Ślesinie. Przedstawiciele polskiej wsi, poza dyskusją o swoich problemach, odnieśli się też do ostatniego protestu w Koninie.
To już dziewiętnasta edycja Wielkopolskich Forów Rolniczych, które odbywają się stacjonarnie we wszystkich powiatach. Ich celem jest wsłuchanie się w głos rolników, ogrodników i sadowników.
– Rok 2025 był trudny dla rolnictwa, ponieważ mieliśmy zawirowania na rynkach rolnych. Dużo emocji budziła i budzi nadal umowa, która została sfinalizowana pomiędzy Komisją Europejską a krajami Mercosuru. Dlatego podjęliśmy decyzję, iż 19. edycja Wielkopolskich Forów Rolniczych będzie przebiegała pod hasłem „Jak uporządkować rynki rolne” – mówił Mieczysław Łuczak, prezes Wielkopolskiej Izby Rolniczej. – Wiemy, iż nadal w Polsce najsłabszym ogniwem w relacjach biznesowych, niestety, jest producent rolny. Z roku na rok wzrasta eksport produktów rolno‑spożywczych, a tym samym mamy coraz większy bilans dodatni w handlu. Z tego najmniej zostaje w kieszeni u rolnika, ponieważ na produkt, który wyjedzie z gospodarstwa, później już każdy pośrednik dolicza odpowiednią marżę – dodał.
Rolnicy podkreślają, że wyprodukowane przez nich produkty wysyłane są na eksport, a polscy konsumenci korzystają z tych sprowadzanych z zagranicy.
– Decyduje o tym w dużej mierze polityka europejska. Nam przykręca się śrubę na każdym kroku, a w Holandii czy Niemczech stosuje się dużo więcej chemii. Nasze produkty są zdrowsze, ale koszt ich wyprodukowania jest wyższy. Robi się więc „zamiankę”, a z lepszej jakości towaru korzystają kraje zamożniejsze – mówił jeden z rolników. – Nam przysyłają swój bałagan albo, jak to się wszyscy śmieją, z głębokiego mrożenia mięso, które oni z rezerwowych magazynów wypychają, bo już jest za stare, a nasze dobre zawijają do siebie. Więc to w dużej mierze jest czysto polityczna gra – dodał.
Jerzy Bartczak, sadownik zajmujący się również produkcją zbóż i hodowlą bydła opasowego w gminie Kleczew, przyznaje, że bycie rolnikiem się nie opłaca.
– Zostają ludzie najtwardsi, ci, co kochają to, co robią. Pracowałem na etacie, prowadzę firmę, a zajmuję się gospodarstwem, bo to kocham. Jadę w pole i jestem sam ze sobą. Opłacalność jest na takim poziomie, żebyśmy, kolokwialnie mówiąc, nie zdechli, ale nie na takim, żebyśmy mogli się rozwijać – mówił Jerzy Bartczak.
– To jest ciężka robota, a profity z tego znikome. Ciągle się człowiek martwi, jak nie o ceny w skupie, to o dobrostan zwierząt, o uprawy, o pogodę. My nie mamy wpływu na nic. Mogę chcieć ileś tam za swój towar, bo wiem, że jest dobrej jakości. A jak mi ktoś nie zapłaci, to co ja z nim zrobię? – pytała Aldona Paruchała, producent bydła opasowego z gm. Sompolno.
Ostatnie protesty rolników dotyczące umowy z Mercosurem odbiły się szerokim echem w kraju. Zorganizowana przez Sławomira Dąbrowskiego blokada ul. Dworcowej w Koninie okazała się jednak farsą. Nie przyjechał żaden ciągnik.
– Uważam, że blokowanie dróg w miastach szkodzi wizerunkowi rolników. Konflikt między wsią a miastem przez takie coś się nakręca. Statystycznego Kowalskiego i Nowaka to wkurza, bo mu utrudnia życie, a w żaden sposób nie wywiera presji na ludzi, którzy są decydentami – mówił Jerzy Bartczak. – Zróbmy protest, ale blokujmy porty czy zakłady przetwórcze, które są własnością Skarbu Państwa, żeby oni to czuli, bo oni decydują – dodał.
Zdaniem rolników ważne jest też mówienie głośno mieszkańcom miast o tym, żeby sprawdzali pochodzenie kupowanej żywności i rezygnowali z zakupu tej sprowadzanej z zagranicy, która dostępna jest w marketach oraz dyskontach.
SLA zniszczyło jego ciało, ale nie umysł. Ojciec trójki dzieci potrzebuje pomocy










