W styczniu 1945 roku uciekającym Niemcom towarzyszył płacz ich dzieci i kobiet
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Choć Antoni Studziński i inni zatrudnieni przy budowie umocnień pod Kłodawą nie otrzymali jeszcze żadnych poleceń, w środę 17 stycznia zaczęli się szykować do drogi i w warsztacie stolarskim zbudowali sanki do transportu swojego skromnego mienia. Wieczorem obserwowali wycofujące się na zachód transporty cywilne i wojskowe. Nazajutrz rano przyszło wreszcie polecenie ewakuacji do Poznania, gdzie mieli zgłosić się do tamtejszej placówki Organization Todt, czyli instytucji zajmującej się budową obiektów wojskowych. Z kilkoma bochenkami chleba zdobytymi z likwidowanego magazynu budowy zaprzęgli się do sanek i ruszyli w drogę.
„Ulice Kłodawy i drogi wylotowe z miasta zablokowane były transportami konnymi ewakuujących się Niemców z różnych powiatów, głównie z łowickiego, kutnowskiego i łęczyckiego. Po wybrnięciu z kłębowiska wozów, koni i ludzi, dotarliśmy do rozwidlenia dróg, prowadzących w kierunkach Poznania i Sompolna. (...) W miarę oddalania się od miasta, stwierdziliśmy, że pokrywa śniegu stawała się coraz mniejsza i ciągnienie sanek było coraz trudniejsze. Próby doczepienia sanek do wozów spotykały się z ostrą odprawą woźniców niemieckich. Jednak z ich min i wręcz żałosnego wyglądu widać było, że oczekują tylko odpowiedniego momentu do rzucenia broni, by móc dołączyć do ewakuujących się rodzin".
Grzeczni Niemcy w mundurach
W Kole zatrzymał ich olbrzymi zator samochodów i wozów konnych na dzisiejszym rondzie Henryka Sienkiewicza, wtedy skrzyżowaniu dróg Dąbie-Koło i Koło-Poznań. Na północ wędrowali w kierunku Sompolna cywile, a dzisiejszą drogą krajową nr 92 poruszały się kolumny niemieckich wojsk.
„Całkowite zaciemnienie miasta oraz gęsta mgła dodatkowo utrudniały tę sytuację. Przechodząc przez most na Warcie oraz przez drugi na odnodze tej rzeki, obserwowaliśmy jak niemieccy saperzy przy świetle ręcznych latarek elektrycznych oplątywali kablami przęsła mostu, przygotowując go do wysadzenia”.
Tego samego dnia, 18 stycznia, w Koninie – jak zaobserwował Zdzisław Szklarkowski – „odwrót niemieckich sił wojskowych osiągnął punkt kulminacyjny. Polacy nie pokazywali się na ulicach”. Do jego mieszkania zapukało kilku zziębniętych żołnierzy z obsługi baterii przeciwlotniczej, którą w poniedziałek Niemcy ustawili na placu Zamkowym. Zapytali, czy nie ma czegoś gorącego do picia. „Odpowiedziałem, że poza wodą, którą mogę zagotować, nic nie mam. Byli wyjątkowo grzeczni, zaczekali na wodę i poszli ulicą Mickiewicza na plac Zamkowy". A na konińskich mostach również tworzyły się korki, ponieważ z powodu znacznie osłabionego drewnianego mostu na Warcie (Toruńskiego) niemiecki posterunek ograniczał liczbę przejeżdżających. Z konieczności część z cywilnych uciekinierów zawracała i zamiast na Poznań, ruszała na Kalisz i dalej do Wrocławia.
To było piekło
W nocy z czwartku na piątek Antoni Studziński z innymi przymusowymi robotnikami z Konina dotarł do Kościelca. Tutaj do rzeki uciekinierów ze wschodu dołączali Niemcy z powiatu tureckiego. Napięcie wzmagał warkot samolotów dochodzący od strony Koła. Z boku drogi stały porzucone przez niemieckich saperów przyczepy z pontonami, które dzień wcześniej Polacy widzieli w Kłodawie. W piątek nad ranem minęli Paprotnię i zbliżali się już do Brzeźna. Na oblodzonej i stromej drodze woźnice nie byli w stanie wyhamować wozów, które wpadały pod samochody wojskowe. Te taranowały je i razem z końmi spychały do rowów.
„Rżenie koni, płacz dzieci i kobiet mieszał się z przekleństwami mężczyzn. Głuchy turkot wozów i szum motorów samochodowych uzupełniały to całe piekło.” – wspominał Antoni Studziński i pisał o satysfakcji odczuwanej przez patrzących na to Polaków. Za klęskę wrześniową, za doznane krzywdy i upokorzenia, za cierpienie i śmierć bliskich oraz przyjaciół. O godzinie piątej nad ranem dotarli wreszcie do Konina. To był piątek, 19 stycznia, dzień przed wyzwoleniem miasta z pięcioipółletniej okupacji, o czym napiszę w następnym tekście z cyklu Konińskich Wspomnień.





