Dlaczego Popkowski nie odwołał władz Konina i co chce osiągnąć?

Fot. Archiwum
Od czterech miesięcy z okładem Robert Popkowski usiłuje doprowadzić do referendum nad odwołaniem władz Konina. W czerwcu wniosek w tej sprawie nie został zaakceptowany przez Radę Miasta, ale niedawna dyskusja nad odwołaniem z jej składu Urszuli Maciaszek znów dała mu paliwo do przypomnienia o sprawie.
Sądząc po komentarzach pod informacjami na temat tego, co dzieje się w Koninie, spora część mieszkańców chętnie by się na ten temat wypowiedziała i to zdecydowanie za odebraniem władzy obecnie rządzącej miastem ekipie. W związku z tym dwa pytania domagają się odpowiedzi. Pierwsze dotyczy szans na doprowadzenie do takiego głosowania, drugie celów, jakie stawia sobie Robert Popkowski.
Ta druga kwestia wcale nie jest taka oczywista, jak z pozoru może się wydawać. Choć Robert Popkowski jest radnym Konina, śledząc jego aktywność, można odnieść wrażenie, że to nie miasto jest największym obiektem jego zainteresowania i troski.
W czerwcu napisał, że chce odwołać władze Konina, „ponieważ dotarły do niego poważne sygnały, których nie mógł zignorować”. Twierdził, że „każdy z nas powinien patrzeć władzy na ręce”. A miesiąc wcześniej ogłosił start serii nagrań o „lokalnej władzy, elitach i mechanizmach, o których wielu myśli, ale mało kto mówi głośno”. I niektóre z tych kilkunastu tak zwanych rolek zawierały spostrzeżenia, pod którymi sam bym się podpisał. Ku rozczarowaniu widzów poprzestawał jednak na ogłaszaniu problemów, ich rozwiązywanie pozostawiając innym.
Z równym a może jeszcze większym zaangażowaniem Robert Popkowski jeździł na polsko-niemiecką granicę, żeby bronić jej – jak można się domyślać – przed atakiem Wehrmachtu, a może niemieckich obywateli, chcących wykupywać tańszą polską benzynę? Nie na darmo zamieścił jakiś czas temu na swoim profilu w portalu społecznościowym hasło: „Pamięć – Prawda – Reparacje, jedna kula dla jednego niemca”! (pisownia oryginalna).
No bo tłumów migrantów nie udało mu się tam znaleźć, choć bardzo się starał. W końcu, żeby unaocznić swoim obserwatorom powagę zagrożenia, pokazał film z gromadą ciemnoskórych mężczyzn szturmujących... port w Calais, gdzie przed dziesięcioma laty około pięćdziesiąt osób wdarło się na prom wiozący pasażerów na drugą stronę kanału La Manche. Szukanie migrantów w Koninie i okolicach ewidentnie mu nie idzie, podobnie jak wspierającej go pani z Konfederacji, która już kilkanaście miesięcy temu zapowiadała, że wie, gdzie są i zaraz o tym poinformuje opinię publiczną. Nie zrobiła tego do dzisiaj.
Ostatnio pan Popkowski znalazł sobie kolejnego propagandowego konika do ujeżdżania w postaci Kopalni Soli w Kłodawie, której zarząd ogłosił projekt składowania niebezpiecznych odpadów w pustych wyrobiskach. Ponieważ mieszkańcy zaprotestowali, koniński radny natychmiast się przyłączył, krzycząc o „skarbie, który ma służyć dzieciom i wnukom”. Rzecz w tym, że kopalnia musi czymś wyrobiska po wydobytej soli wypełnić, bo taki obowiązek nakłada na nią Wyższy Urząd Górniczy. Przede wszystkim po to, żeby uniknąć tak znanego ze Śląska zjawiska osiadania powierzchni gruntu. Jeśli zakład tego nie zrobi, nie otrzyma koncesji na dalszą eksploatację. A wtedy skarb przestanie służyć komukolwiek.
Dlaczego poświęcam tyle miejsca partyjnemu żołnierzowi spod sztandaru Zbigniewa Ziobry? Uważam otóż, że dla jakości życia politycznego Konina i przejrzystości zachowań władz dobrze by było przeprowadzić referendum nad ich odwołaniem. Żeby planując rozdawanie naszych wspólnych pieniędzy partyjnym koleżankom lub kolegom i ich takim czy innym fundacjom, stowarzyszeniom lub innym organizacjom mieli cały czas w pamięci, że mogą zostać w każdej chwili odwołani. Tymczasem Robert Popkowski odbierając powagę swojej własnej inicjatywie, odbiera nam możliwość postawienia – dla naszego i długofalowo również ich dobra - krnąbrnych polityków pod ścianą.
Co nie znaczy, że można Roberta Popkowskiego lekceważyć. Może i nie rozumie zbyt dobrze zawiłości życia społecznego i gospodarczego, ale jest wytrwały, pracowity i ma własne pieniądze. Poprzednie wybory na prezydenta Konina wprawdzie przegrał, ale przecież dotarł do drugiej tury. A w kategorii sensownego gadania ma już większy dorobek niż radna Urszula Maciaszek, której nie wychodziło nawet przeczytanie z kartki wcześniej przygotowanego wystąpienia. Jeśli natomiast zechce zostać posłem, do czego bardziej pasują jego tak szeroko zakrojone aktywności, wystarczy, że w centrali partii, która będzie rozdawać miejsca na liście, zyska opinię człowieka popularnego i znanego w swoim regionie. I chyba już na nią zapracował.







