Dzisiaj w ruinie, dwa wieki temu dwór w Malińcu był siedzibą... ekonoma
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Pierwsi właściciele Gosławic z rodu Kwileckich mieli czworo dzieci, z których tylko dwoje najmłodszych - Anna i Mieczysław - dożyło osiemdziesiątki, w przeciwieństwie do starszych braci, z których Kazimierz zmarł w wieku 32 lat, a Władysław - 39. Zresztą ich rodzice też zmarli wcześnie. O nienajlepszym zdrowiu Hektora i Izabelli świadczy choćby fakt, że poznali się w sanatorium, gdzie oboje leczyli gruźlicę. Hektor zmarł w 1843 roku w wieku lat 42, a żona poszła w jego ślady trzynaście lat później.
Widział... Matkę Boską
W 1850 roku, kiedy do jej majątku przyjechał na praktykę Julian Wieniawski, hrabina Izabella miała 42 lata i była - jak zanotował po latach pamiętnikarz - kobietą piękną „wspaniałej, majestatycznej prawie postawy”. Uwielbiała konną jazdę i często oddawała się tej przyjemności w większym gronie sąsiadów: „Na swojej angielskiej karej klaczy, zwanej Nicoliną, w skromnej czarnej amazonce i lśniącym miękkim kapelusiku, przodowała ona, jak istna monarchini, takiej kawalkadzie, złożonej z kilkunastu koni, dosiadanych przez dobrze jeżdżących sąsiadów”. - Pisał Julian Wieniawski.
W pamięci okolicznych mieszkańców pozostała jako imienniczka Izabellina, który do dzisiaj pozbył się już podwójnego „l”, ale przede wszystkim wspominają ją jako fundatorkę kościoła w Licheniu, choć jego konsekracji w 1858 roku już nie dożyła. Z licheńskim objawieniem, które zbiegło się w czasie z przyjazdem Juliana Wieniawskiego do tej miejscowości, wiąże się inne jego wspomnienie. Otóż stwierdził on po latach, że był naocznym świadkiem zjawiska, które zinterpretował jako pojawienia się w grąblińskim lesie samej Matki Boskiej. Całe zdarzenie opisał tak: „wśród nocnej niczem nie zmąconej ciszy lekki szmer jakiś przebiegł po łąkach i w tej samej chwili, jakby tuman mgły wirem porwany, przemknął przed nami olbrzymiej długości słup biały niby tren ogromnej sukni, muskając końcem swym powierzchnię łąk, i zginął gdzieś w przestworzu”.
Zbyt wilgotny i zimny
Po śmierci matki majątek Gosławice przejął Władysław, a po jego z kolei śmierci w 1870 roku, przeszedł on na najmłodszego z braci Mieczysława, bowiem najstarszy Kazimierz zmarł w 1863 roku. Główną siedzibą Mieczysława było jednak Oporowo, a w Malińcu mieszkała ciotka Honoryna - jak o wdowie po Władysławie pisała w swoich wspomnieniach Maria Żółtowska, córka Mieczysława. Dowiadujemy się z nich, że Honoryna była damą wielkiej urody, o światowych manierach, upodobaniach i wymaganiach. Dom w Malińcu był dla niej za niski, zbyt wilgotny i zimny, toteż zimą jeździła do Paryża, Włoch lub w ostateczności do Poznania, gdzie całymi tygodniami mieszkała w hotelu Bazar.
Julian Wieniawski tak scharakteryzował ówczesną gospodynię Malińca: „Wychowana w pańskim dostatnim dworze na Podolu, niedaleko Winnicy, panną jeszcze będąc, podbijała serca wszystkich, co ją bliżej poznać mieli sposobność. (...) pani ta była prototypem wielkoświatowej damy, z tą tylko różnicą, iż blichtrem światowym gardziła i oceniała ludzi wedle ich moralnej wartości, a nie wedle świetnych stanowisk światowych”.
Pani na Malińcu
Honoryna mieszkała w Malińcu do końca swoich dni czyli do roku 1898 i dopiero wtedy Mieczysław przekazał majątek Gosławice swojemu synowi Kazimierzowi, który od chwili ślubu w 1893 z Marią Karską gospodarował w Grodźcu. Wydaje się, że nowy właściciel nie miał powodów, by przeprowadzać jakiekolwiek poważniejsze prace w dworze w Malińcu, skoro w Grodźcu miał do dyspozycji dwa obszerne pałace. Na pewno podjął je natomiast jego syn Mieczysław, który wprowadził się do Malińca po ślubie z Marią Różą Zamojską w 1921 roku. To on nadał dworowi w Malińcu kształt, jaki miał przez następnych kilkadziesiąt lat, dobudowując od północnej strony poprzeczne skrzydło (fot. 3, 4). Plany postawienia takiego samego obiektu z drugiej strony straciły sens po rozpadzie małżeństwa i wyprowadzeniu się Maruli z dziećmi (fot. 5) z Malińca.
Rozkład pomieszczeń w dworze Kwileckich znamy ze wspomnianego już planu sporządzonego po wojnie przez Stefana Kwileckiego, starszego z synów Mieczysława. Niższa część dworu mieściła dwa gabinety i oddzielne sypialnie dla każdego z małżonków, dwa salony, pokój jadalny, kredensowy, kancelarię, garderoby i pokój wychowawczyni. W razie potrzeby salon przeistaczał się zapewne w salę balową, za czym przemawia obecność w nim fortepianu. Z salonem sąsiadowała równie obszerna jadalnia, z której przez werandę wychodziło się na tyły parterowej części dworu, prosto do parku. W wysokiej dobudówce natomiast znajdowały się między innymi pokoje dla czwórki dzieci i służby.
Elektrownia i... nocniki
Co ciekawe, choć dwór miał elektrownię, jak mówiono na nieduże pomieszczenie, w którym pracował produkujący prąd silnik spalinowy, to nie było w nim ani kanalizacji, ani wodociągu i wodę trzeba było przynosić do łazienek w wiadrach. Bo łazienki oczywiście były, każda wyposażona w... nocnik.
Dom znajdował się w rozległym parku, przez który dzisiaj biegnie ulica Przemysłowa. Przed jej budową tak tory kolejowe jak i droga omijały go od zachodu i do dzisiaj można tamtędy przejść, a nawet przejechać. Komu nie chce się ruszać zza biurka, może to zobaczyć na zdjęciach lotniczych, choćby na mapach google (il. 6).
O powojennych losach dworu Kwileckich w Malińcu opowiem w następnych Konińskich Wspomnieniach.
Kilkaset ofert mieszkań na wynajem i sprzedaż – znajdź idealne lokum szybko, bezpiecznie i w dobrej cenie!









