Skocz do zawartości

Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!

LM.plWiadomościCo konińscy górnicy pod ziemią robili?

Co konińscy górnicy pod ziemią robili?

Dodano: , Żródło: Kurier Koniński
Co konińscy górnicy pod ziemią robili?
Zjeżdżali do pracy szybami i fedrowali na przodku. Z tą różnicą, że o ile w kopalniach węgla kamiennego od lat używa się już kombajnów węglowych, to węgiel brunatny do końca wydobywany był spod ziemi kilofem. Przez prawie pół wieku konińscy górnicy wydrążyli pod ziemią ponad 370 kilometrów chodników.

Ponieważ nawet połowę objętości węgla brunatnego może stanowić woda, odwodnienie jest nieodłączną częścią procesu wydobycia tej kopaliny. A węgiel koniński zawodniony był wyjątkowo silnie, przede wszystkim z powodu stałego dopływu wody z pobliskich jezior. Najbardziej ten eksploatowany na odkrywce Pątnów, co stało się dla górników źródłem licznych problemów i zmusiło do wprowadzenia zmian w technologii odwodnienia. Ale o tym później.

Woda do rząpia

Pierwsze szyby i chodniki drążono (pędzono – mówią górnicy) na odkrywce Morzysław jeszcze podczas wojny. „W kwietniu 1943 roku Niemcy zaczęli budować szyb i wybudowali go na głębokość 15 m. Wtedy zaczęli również budować chodniki odwadniające.” – napisał w swoich wspomnieniach Wacław Waszak.

Brak jednak danych, ile było szybów na Morzysławiu, ile chodników wydrążono i jak wyglądała na tej odkrywce praca pod ziemią. Wiadomo natomiast, że budowę szybu nr 1 na odkrywce Niesłusz Przedsiębiorstwo Robót Górniczych z Wałbrzycha podjęło w 1949 roku. - Drążenie szybu rozpoczynało się w miejscu, gdzie złoże węgla brunatnego zalegało najgłębiej, żeby woda spływała do najniżej położonego punktu, zwanego rząpiem – opowiada Zenon Kozłowski, który zaczynał pracę w kopalnianym odwodnieniu w 1958 roku właśnie na odkrywce Niesłusz. - Z kolei z szybu pędzone były chodniki, które lekko wznosiły się w górę, żeby zapewnić swobodny spływ wody do rząpia.

Najpierw drążono chodnik transportowy, od którego odchodziły chodniki boczne. Każdy z nich kończył się przodkiem, na którym pracował górnik przodowy, jego pomocnik i wozak. Ten ostatni zabierał wózek z urobkiem i odstawiał go do głównego chodnika, skąd był dostarczany pod szyb. Stamtąd węgiel wędrował na powierzchnię.

Szyny się wyginały

Schodzący pod ziemię górnicy potrzebowali ochrony przede wszystkim przed wodą, więc niezbędnymi elementami ich ubioru były gumowe buty i kaski ze specjalnym ochraniaczem z tyłu, żeby woda nie lała im się za kołnierz. Przydawała się też nieprzemakalna kurtka i spodnie. Na jednej zmianie górnicy posuwali się do przodu o około 1,5 metra. Po wydrążeniu jednego metra ściany, musieli ją obudować i położyć kolejny metr szyn. Węgiel kopali kilofem. Myślano wprawdzie o sprowadzeniu pod ziemię kombajnów, ale okazało się, że trzeba by wtedy poszerzyć chodniki, a to wymagałoby wzmocnienia ich obudowy. – W szerszych chodnikach, w miejscu rozjazdów lub na podszybiu montowaliśmy obudowę ze stalowych szyn, a i tak bywało, że się wyginały – opowiada Zenon Kozłowski.

Węgiel nie był wykopywany spod ziemi po to, żeby zwiększyć wydobycie, ale żeby ułatwić odwodnienie złoża. W spągu (czyli podłodze) chodników wiercono dochodzące do 120 cm głębokości otwory, którymi woda wypływała na ich powierzchnię, wypychana ciśnieniem panującym w pokładach wodonośnych, uciskanych przez złoże węgla. Z chodników bocznych spływała do chodnika głównego, połączonego przecinkami z równolegle do niego biegnącym drugim chodnikiem, zwanym wodnym. Chodnik ten drążono nieco niżej, żeby woda mogła do niego swobodnie spływać i gromadzić się w rząpiu, skąd przy pomocy pomp transportowana była na powierzchnię. To dlatego pompownie instalowano w pobliżu szybów.

Niebezpieczne błoto

Jeśli pompy przestawały pracować, na przykład z powodu awarii zasilania, mogło dojść do zalania chodników, a wraz z nimi stacji pomp. Żeby temu zapobiec, montowano w głównym chodniku stalowe tamy, które w razie niebezpieczeństwa były zamykane.

Pod podłogami chodników czaiło się jednak jeszcze inne, o wiele groźniejsze od unieruchomionych pomp niebezpieczeństwo. Pędzone były bowiem w najniższych partiach pokładu węgla, tuż nad utworami wodonośnymi, ściśniętymi przez zalegające nad nimi złoże i jeśli warstwa węgla, pozostająca między chodnikiem a warstwą wodonośną, była zbyt cienka, dochodziło do jej przerwania i wybicia kurzawki - rzadkiego błota, jakie powstaje z połączenia wody z piasku - która zalewała chodniki i szyb, a wraz z nimi stacje pomp, zagrażając również pracującym pod ziemią ludziom.

Na wypadek gdyby doszło do najgorszego, w 1953 roku powołano do życia Kopalnianą Stację Ratownictwa Górniczego. Miała charakter ochotniczy i składała się z odpowiednio przeszkolonych górników, bezpośrednio podlegała Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Kłodawie, a pośrednio centralnej stacji w Bytomiu. Jej pierwsze ćwiczenia odbyły się 19 października 1953 roku i tę datę uważa się za początek jej działalności. W ćwiczeniach wzięło udział dziesięciu (czyli dwa zastępy) ratowników w tlenowych aparatach, wypożyczonych ze stacji w Bytomiu. Własne kopalnia kupiła dopiero dwa lata później. W 43-letniej historii KSRG (przewinęło się przez nią w tym czasie 120 górników) uczestniczyła w jedenastu akcjach ratowniczych, z których sześć przeprowadzono w wyrobiskach podziemnych, pięć na powierzchni, a dwie we wkopach eksploatacyjnych odkrywek.


Utonął z pompami

Jedną z pierwszych akcji KSRG była likwidacja, w czerwcu 1958 roku, ogniska pożarowego, które ze stropu odkrytego węgla przeniosło się do wyrobisk podziemnych odkrywki Niesłusz. Ale miesiąc później wydarzyła się tragedia, wobec której ratownicy byli bezradni. 19 lipca wieczorem na odkrywkę lunął deszcz, który w krótkim czasie zalał chodniki prowadzące do pompowni, znajdującej się pod dnem, osuszonego już, jeziora Niesłusz, kilkaset metrów od zabudowań tej miejscowości. Woda bez trudu wdarła się do chodnika, ponieważ odsłoniła go koparka zbierająca węgiel od strony zachodniej. – Kiedy w niedzielę dotarliśmy na miejsce – opowiada Zenon Kozłowski, który miał wtedy dopiero 19 lat, a w kopalni pracował zaledwie od roku – można było wejść do chodnika i posuwać się przez jakiś czas do przodu, bo pod samym pułapem pozostało jeszcze trochę wolnej przestrzeni, ale dalej, w miarę jak chodnik schodził coraz niżej, była już tylko woda.

Wprawdzie do pompowni prowadziła rura wentylacyjna, wystająca metr ponad dno suchego już jeziora Niesłusz, ale – na nieszczęście dla Zenona Babiaka – woda błyskawicznie wypełniła pusta nieckę, ponad górną krawędź przewodu wentylacyjnego, odcinając dopływ powietrza.

Ponieważ na drodze ratowników stała woda, sprowadzono płetwonurków z podziemnych kopalni soli w Kłodawie i Wapnie (powiat Wągrowiec), ale ci – argumentując, że w chodniku, zatarasowanym mułem, błotem i drewnem, panują kompletne ciemności – odmówili zejścia pod ziemię. Zdawano sobie sprawę, że wypompowanie wody potrwa kilka dób, więc tymczasowo wydrążono do pompowni otwór, którym na dół docierało powietrze. Podawano nim także żywność, choć nie wiadomo było, czy ktokolwiek ją odbiera. Kilka dni później, kiedy ratownicy wreszcie dotarli na miejsce, znaleźli tam już tylko ciało martwego Zenona Babiaka. – Były ślady, że usiłował wydostać się stamtąd chodnikiem – opowiada Zenon Kozłowski - a potem uciekł do dowierzchni (chodnik prowadzący w górę – dop. red.), zakończonej ślepą ścianą.

Na koniec rabunek

Kierownikiem odwodnienia podziemnego na odkrywce Niesłusz był wtedy Mieczysław Przysucha, który do KWB Konin przyszedł w 1951 r. z nakazu pracy po ukończeniu Liceum Górniczego Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu (dając darmowe wykształcenie, socjalistyczne państwo domagało się często odpracowania darowizny). Studia na Politechnice Poznańskiej ukończył, już będąc pracownikiem konińskiej kopalni. Zaczął od pompowania wody z jeziora Niesłusz, a potem nadzorował urządzenia odwadniające. Na odkrywkach Niesłusz i Gosławice zbudowano w sumie siedem szybów wydobywczych i dziewięć wentylacyjnych. Rolą tych drugich było wyciąganie (za pomocą wentylatorów) powietrza z chodników, co wymuszało cyrkulację powietrza i jego wymianę. – Natomiast na przodki powietrze było tłoczone lutniami – tłumaczy Zbigniew Karolak, inżynier wentylacji w konińskiej kopalni. Lutnie – jak nazywa się je w górnictwie - to rurociągi o średnicy 30 cm, którymi świeże powietrze wędruje tam, gdzie w inny sposób dotrzeć nie może.

Najgłębszy z tych szybów, o numerze 12, miał ponad 40 metrów. Z kolei chodników wydrążono na obu odkrywkach prawie 60 kilometrów. Nie pozostały po nich żadne ślady, bo – w przeciwieństwie do górnictwa podziemnego – w kopalni odkrywkowej prędzej czy później koparka zdejmie węgiel znad wszystkich kopalnianych korytarzy i otoczenia szybów (co w górniczym języku nazywa się ich ścięciem), wydobywając je na powierzchnię. Kończy się to rozebraniem chodników (górnicy mówią: rabunkiem) i demontażem wszystkich urządzeń.

Drążenie przez mrożenie

Kiedy trwała już eksploatacja Niesłusza, a lada moment miały ruszyć Gosławice, przygotowywano się do budowy kolejnej odkrywki – Pątnów. Tam jednak napotkano na problemy, które zmusiły górników do szukania nowych rozwiązań. W 1956 roku, podczas drążenia pierwszego szybu, ciśnienie wody na jego spąg było tak duże (około pięciu atmosfer), że kurzawka wdarła się przez otwór wiertniczy do środka i szyb zatopiła. Zaniechano dalszych prac przy tym szybie i w innym miejscu zaczęto głębić następny. 7 grudnia 1957 r., kiedy wykonano już 1200 metrów chodników odwadniających, w jednym z nich kurzawka wyłamała ławę spągową i wdarła się z prędkością 9 metrów sześciennych na minutę do wykonanych już chodników. Mimo natychmiastowej akcji i zaangażowania się wszystkich górników, pracujących pod kierownictwem Wacława Stadnika (w KWB Konin od 1956 roku, na emeryturę przeszedł w 1972), górnicy musieli wycofać się do tam głównych. W ciągu niespełna dwóch tygodni zatopionych zostało 1142 metrów chodników. Sytuację opanowano dopiero w 1958 i 1959 roku, kiedy udało się odtopić szyb i wyrobiska i oczyścić je z piasku. Funkcjonował do 1963 roku.

Specyfika Pątnowa wynikała z bliskości jezior, które sprawiały, że woda dopływała do złoża wielokrotnie szybciej (120 m sześciennych na minutę) niż na Niesłuszu (15-20 m sześc. na minutę) czy Gosławicach (20-30 m sześc. na minutę). Dwa z trzech szybów wydobywczych na Gosławicach kopalnia wykonała już własnymi siłami. Ponieważ trzy pierwsze szyby pątnowskie, również głębione własnymi siłami, zostały zatopione przez kurzawkę, do wykonania kolejnych zaproszono PRG z Wałbrzycha, które dało się już poznać przy budowie Niesłusza. W składzie wałbrzyskiej ekipy znalazł się Stanisław Zdulski, który w konińskiej kopalni pozostał już na stałe. – Dopiero metoda mrożeniowa pozwoliła zapanować nad kurzawką – opowiada.

Ostatnie upadowe

Poproszeni o pomoc, naukowcy z Akademii Górniczo-Hutniczej poradzili górnikom, by zmniejszali ciśnienia wody, poprzez jej odpompowywanie studniami głębinowymi, rozmieszczonymi wokół pola wydobywczego. Od 1960 roku funkcjonowały obok siebie przez następne trzy dekady dwa systemy odwadniania: podziemny i studzienny. Na odkrywce Pątnów wydrążono cztery szyby, z których najgłębszy (nr 2a) miał 63,5 m i najdłuższą w dziejach kopalni, liczącą ponad 109 kilometrów, sieć chodników. Tutaj powstał pierwszy szyb z obudową murowaną, a nie – jak do tej pory – drewnianą i tutaj odwodnienie podziemne funkcjonowało najdłużej, bo do 1996 roku. Najgłębszy z kazimierskich szybów miał 69,5 m, a chodniki – ponad 95 km. Z kolei na Jóźwinie najgłębszy szyb miał 69,4 m, a chodniki ponad 90 km.

Na Lubstowie nie budowano już szybów, tylko dwie upadowe - czyli chodniki zagłębiające się po skosie w nadkład, a potem w złoże węgla - od których budowano chodniki boczne. Jedna miała 330 metrów i sięgała na głębokość aż 81 prawie metrów, druga była nieco krótsza i płytsza. A ponieważ zbudowano barierę pomp nie tylko wokół lubstowskiego złoża, ale i wewnątrz niego, szybko okazało się, że węgiel jest już suchy i podziemne odwadnianie nie jest potrzebne. W 1992 roku obie upadowe zlikwidowano, wraz z niespełna siedemnastoma kilometrami chodników. Wcześniej, bo już 9 kwietnia 1991 r., dyrektor KWB Konin wydał zarządzenie o likwidacji z dniem 1 czerwca pionu odwodnienia podziemnego. Warto dodać, że jako osobny pion odwodnienie podziemne zostało wyodrębnione dopiero w 1976 roku (wcześniej każda odkrywka miała swojego kierownika odwodnienia), a pierwszym jego szefem został Bronisław Zawadka. W 1983 na rok zastąpił go Stanisław Zdulski, od czerwca 1984 do 1990 zawiadowcą był Stanisław Dryjański, a przez ostatni rok funkcjonowania pionu odwodnienia podziemnego - Stanisław Damski.

Robert Olejnik 
Co konińscy górnicy pod ziemią robili?
8-woda_1
8-woda_2
9-kwb_1
9-kwb_2
9-kwb_3
Czytaj więcej na temat:KWB, KWB Konin, odwadnianie podziemne
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole