Oprócz nazwy wiaduktu Briańskowi zawdzięczamy... dary w stanie wojennym
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Do pierwszego bezpośredniego kontaktu między Koninem a Briańskiem doszło tuż po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, kiedy zza wschodniej granicy przyjechał do nas transport z darami.
Już sama nazwa Briańska – oznaczająca w różnych językach leśny gąszcz lub zagłębienie, kałużę – jest świadectwem wielokulturowej historii miasta, leżącego dzisiaj niedaleko granicy Rosji z Białorusią i Ukrainą. Przed wiekami znajdowało się najpierw na terytorium Rusi Kijowskiej, potem Wielkiego Księstwa Litewskiego i Rzeczpospolitej Obojga Narodów (1356-1503), następnie Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, by po 1618 r. na krótko wrócić do Rzeczypospolitej, a sześć dekad później już na zawsze w granice Rosji.
Na Kaukaz za daleko
Miastem partnerskim województwa konińskiego Briańsk został pod koniec lat siedemdziesiątych w wyniku starań, jakie podjął Zdzisław Jacaszek, kierujący wówczas Towarzystwem Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.
– Zwróciłem się do Grabskiego (Tadeusza, ówczesnego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Koninie – dop. RO), żeby załatwił w Komitecie Centralnym miasta partnerskie na wschodzie dla nowych województw. No i dostaliśmy - Nalczyk.
Nalczyk to miasto na południu Rosji, leżące zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od granicy Gruzji i aż 2100 km od Konina. Na pokonanie tej odległości pociągiem potrzeba dwa i pół dnia, a samochodem jedzie się tam – bez postojów - półtorej doby.
- Miejscowość piękna, ale kto tam poleci? – tłumaczy niepowodzenie w nawiązaniu bliższych stosunków z kaukaskimi góralami Zdzisław Jacaszek. Wreszcie zapadła decyzja, że Konin ma się zaprzyjaźnić z Briańskiem. – No i znowu problem, bo się okazało, że to gorod zakryt, czyli miasto zamknięte, ponieważ znajdują się tam zakłady zbrojeniowe.
Cukierki jak z Wedla
W końcu i tę przeszkodę udało się jakoś ominąć i gdzieś w 1979 czy 1980 roku nawiązano pierwsze kontakty, które nie wyszły wtedy poza życzenia przesyłane z okazji rocznicy rewolucji październikowej i innych świąt państwowych. Aż do wspomnianego na wstępie transportu darów z Briańska, który przyjechał do Konina na początku stycznia 1982 roku.
- Mnie udało się wyrwać z tych darów trochę słodyczy dla dzieciaków ze szkół, które należały do TPPR – opowiada Zdzisław Jacaszek. – Do dzisiaj pamiętam cukierki czekoladowe, które jakością dorównywały tym z Wedla.
Muszę w tym miejscu uzupełnić powyższą informację o to, co usłyszałem od Tadeusza Neczyńskiego (i co napisał pod tym artykułem), który zajmował się sprowadzeniem transportu darów spod granicy do Konina.
– To nie był jeden samochód, tylko dwa tiry, a w nich kilkadziesiąt tysięcy małych owiniętych w celofan pakunków, przewiązanych wstążeczką. W środku cukierki, zabawki i inne drobiazgi. Był stan wojenny, w sklepach nic nie było. To był piękny gest, bo ktoś przecież sfinansował zakup tych rzeczy i poświęcił czas, żeby je wszystkie popakować. Poza tym to była góra paczek, a pracowników komitetu było kilkadziesiąt. Większość paczek poszła do gmin i tam została rozdzielona.
Bunt na obozie
W tym samym roku z Konina do Briańska wyjechały dwie pierwsze grupy dzieci, w sumie pięćdziesiąt osób. – Podobnie jak z darami założenie było takie, że to będą dzieci z najuboższych rodzin, więc znów pojechały dzieciaki z..., no skąd?, z Komitetu! – zauważa z ironią Zdzisław Jacaszek.
Szukasz podręczników lub masz podręczniki na sprzedaż? Zajrzyj do naszego serwisu ogłoszeniowego!


























