Ostatni opuścili koniński rynek gestapowcy. Chwilę później wysadzono mosty
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

„Z sieni naszego domu przy ulicy Słowackiego miałem dobry wgląd na główną ulicę przemarszu. Ruch był w tym czasie znacznie mniejszy, ale coraz szybszy” – zapisał Antoni Studziński.
Wkrótce nad miastem rozerwał się pierwszy granat, a po nim następne. Bój na Wilkowskiej Górze – jak nazwał wzniesienie Antoni Studziński – nie był długi. Po ostrzelaniu radzieckich czołgów, które nie poczyniło im większych szkód, niemieccy piechurzy wycofali się w stronę koszar, omijając zabudowania. Zaskoczona błyskawiczną szarżą tanków obsługa baterii przeciwlotniczej nie zdążyła oddać nawet jednego strzału i uciekła w kierunku Zagórowa.
Posypały się szyby z okien
Goniąc za nimi, radzieckie czołgi wjechały na ulicę Kolską. Słysząc gęstniejący ostrzał, mieszkańcy kamienicy Antoniego Studzińskiego – podobnie jak większość koninian - schronili się w obszernym korytarzu piwnicy.
„W pewnym momencie potworny huk wstrząsnął powietrzem i murami. Po chwili nastąpił drugi również potężny wybuch. Posypały się szyby z okien i dachówki” – zanotował autor wspomnień.
Dla wszystkich było jasne, że Niemcy właśnie wysadzili mosty na Warcie i jej zalewie. Zdzisław Szklarkowski zapisał, że stało się to około godziny trzynastej. Chwilę wcześniej sprzed siedziby Gestapo na rogu ulic Wodnej i Szarych Szeregów odjechały dwa samochody osobowe z ostatnimi funkcjonariuszami okupacyjnego reżimu.
„W tej sytuacji, formalnie rzecz biorąc, lewobrzeżna część Konina była wolna!” – zapisał w swoich wspomnieniach Zdzisław Szklarkowski. I zanotował jeszcze, że zanim to nastąpiło w rejonie ulic Kolskiej i Kaliskiej zginęło „kilka osób cywilnych, które nieopatrznie powychodziły z domów i przyglądały się uciekającym Niemcom. Rannych Polaków ratował i zwoził do szpitala dr Władysław Pałys, który jednak nie dysponował zapasami leków i sprzętu: zostały one wywiezione przez Niemców”.
Z pepeszami w dłoniach
Ale to jeszcze nie był koniec walk o Konin, bowiem Niemcy zorganizowali punkty oporu w dwóch budynkach na przeciwległym brzegu Warty: domu i fabryce Reymonda oraz gmachu Syndykatu Rolnego, w którym do 2012 roku mieścił się Sąd Rejonowy. W ten sposób mieli – jak zapisał Antoni Studziński – „pod dobrym obstrzałem część placu Wolności i ulicę Słowackiego”. Ale i oni znaleźli się pod ostrzałem radzieckich czołgów.
„Jakiś odłamek granatu, zatrzepotawszy po dachu, stoczył się po schodach piwnicy i padł u mych stóp. Wziąłem go do ręki, był jeszcze gorący i poskręcany siłą wybuchu. Był on namacalnym zwiastunem idącej ku nam wolności” – podzielił się swoimi wspomnieniami Antoni Studziński.
Ostrzał zza rzeki nieco ustał, ale wyjście na ulicę Słowackiego było zbyt niebezpieczne, więc słysząc około godziny czternastej narastający szum samochodów i radosne okrzyki, autor cytowanych wyżej wspomnień razem z innymi mieszkańcami opuścił kamienicę wyjściem prowadzącym na ulicę Ogrodową (dzisiaj Obrońców Westerplatte). Stamtąd już bezpiecznie dostali się na plac Zamkowy, gdzie stało kilka samochodów ciężarowych wypełnionych żołnierzami w czapkach uszankach z pepeszami w dłoniach. Po chwili dołączyły do nich czołgi.
Czołgi na Kramowej
W tym samym mniej więcej czasie na placu znalazł się również Zdzisław Szklarkowski, który udzielił czerwonoarmistom informacji na temat sytuacji w mieście. Stąd też pochodziła jego wiedza o drodze, jaką czołgi dotarły na plac Zamkowy, o czym napisał w swoich wspomnieniach. Otóż z ulicy Kolskiej część T-34 ruszyła bezpośrednio w pościg za uciekającymi Niemcami w stronę Kalisza, a pozostałe wjechały do miasta. Żeby jednak uniknąć ewentualnego niemieckiego ostrzału, nie skręciły w ulicę 3 Maja, tylko pojechały dalej ulicą Dąbrowskiego i dopiero stamtąd skręciły w Kościuszki, następnie Mickiewicza i tą drogą dotarły na plac Zamkowy.
Po zebraniu informacji o położeniu przeciwnika przez ulicę Kramową i 3 Maja czołgi ruszyły w stronę rynku.
„Żołnierze radzieccy wyszli z maszyn z zamiarem rozpoznania sytuacji na placu Wolności i w rejonie ulicy Urbanowskiej. Chcieli naocznie przekonać się, co właściwie dzieje się na drugim brzegu Warty w rejonie obecnego POM-u i Prokuratury Powiatowej – zanotował Zdzisław Szklarkowski. - Zgodnie z otrzymanym rozkazem wybiegli na plac Wolności i w tym momencie otrzymali silną salwę z ckm-ów. Polała się krew – padli pierwsi zabici!”.
O tym, kto wtedy zginął i jak ostatecznie wypędzono Niemców z Konina napiszę w kolejnym, ostatnim już na ten temat odcinku Konińskich Wspomnień.
Przy pisaniu tego artykułu korzystałem ze wspomnień, które ukazały się w tomie „Wielkopolanie o roku 1945”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1972.
- Antoni Studziński, Niezapomniane dni stycznia 1945 roku
- Zdzisław Szklarkowski, Narodziny nowej władzy
Ilustracją do tego tekstu jest kopia zdjęcia „Niemcy na konińskim placu Wolności. Zaprzysiężenie rekrutów”, które Antoni Studziński wykorzystał przy publikacji swoich wspomnień z lat okupacji w Roczniku Konińskim nr 8 z 1980 roku. Choć znajduje się pod nim informacja, że fotografia pochodzi z archiwum Towarzystwa Przyjaciół Konina, nie udało mi się dotrzeć do oryginału.
Dziękujemy za Twoją obecność. Obserwuj nas w Wiadomościach Google, aby być na bieżąco.





