Skocz do zawartości

Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!

LM.plWiadomościStrzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki

Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki

KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Dodano:
Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki
Konińskie Wspomnienia

Państwo Karykowscy (od lewej): Antoni, Zygmunt, Władysława, Józef

Budowniczy konińskich wieżowców i pierwszej sieci centralnego ogrzewania miał wtedy zaledwie 13 lat, ale już nic nie zapisało się w jego pamięci tak bardzo, jak noc 12 października 1941 roku, kiedy wraz z rodzicami i młodszym bratem Zygmuntem zostali wyrwani z domu w Pątnowie i przerzuceni ponad pół tysiąca kilometrów dalej w głąb Niemiec.

- Od lat, ilekroć zaczyna się jesień, w mojej pamięci odżywa każda chwila tego dnia – opowiadał mi podczas naszego pierwszego spotkania w 2011 roku.

Na targu niewolników

Sześć lat temu opisałem nocną napaść niemieckich żołnierzy na dom państwa Karykowskich, ich drogę z gmachu liceum w Koninie, gdzie umieszczono ich na noc razem z innymi mieszkańcami powiatu konińskiego, podróż pociągiem do majątku Tannenhof, znajdującego się 175 km w prostej linii na zachód od Szczecina oraz pierwsze wrażenia po przybyciu na miejsce. Wracam do tematu, ponieważ udało mi się wreszcie zdobyć oryginalne zdjęcia z wojennego wygnania.

Dlaczego akurat te wydarzenia tak silnie zapamiętał Józef Karykowski? Proszę sobie wyobrazić, co może czuć chłopiec w wieku ucznia siódmej klasy szkoły podstawowej, który staje nagle wraz z rodzicami i dziesiątkami innych rodaków przed obcymi ludźmi, którzy niczym na końskim targu chodzą od jednego do drugiego, macają mieśnię jego ojca, oglądają zęby, krzywią się na widok dzieci, które są obciążeniem.

Nie byli ochotnikami

Ponieważ po kilku dniach Władysława Karykowska się rozchorowała, trzynastolatek musiał ją zastąpić. Jak się okazało, niemieccy gospodarze byli przekonani, że Polacy przyjechali do pracy... dobrowolnie, jak często się zdarzało przed wojną.

- Niemcy okazywali niezadowolenie, że przyjechaliśmy do pracy, a teraz matka choruje. Oni myśleli, że przyjechaliśmy tam szukać pracy i zarobku. Nie wiedzieli, nie mieli pojęcia o tym, że zostaliśmy wysiedleni i zesłani. Na trzeci czy czwarty dzień po przyjeździe, kiedy odzyskaliśmy jakąś równowagę, zostaliśmy zapędzeni do robót niewolniczych - opowiadał.

Do grudnia wykopywali buraki na stuhektarowej plantacji, a do stycznia zajmowali się ich zwożeniem.

Do wszelkich robót

45-letni Antoni Karykowski (fot. 2) bez problemu zaadoptował się do sytuacji, bo jak wielu innych on również w młodości wraz z siostrami wyjeżdżał do pracy do Niemiec. Mówiło się, że „na saksy”, bo najczęściej były to wyjazdy do Saksonii. Ale z czasem to określenie zostało rozciągnięte na wszystkie wyjazdy do pracy za granicą.

- Kopanie buraków szło nam znośnie – oceniał Józef Karykowski - a gdy padał deszcz i było mokro, brano nas do omłotów, innym razem do kopcowania ziemniaków. Często też rąbałem drewno na opał dla dworu.

Jeszcze w styczniu Józka przydzielono do pracy w oborze, gdzie zajmował się głównie kilunastoma młodymi końmi, które karmił, czyścił, ale też wywoził obornik.

-  Oprócz tego wykorzystywano mnie do pracy w ogrodzie, w polu, przy obróbce kartofli, pieleniu, radleniu - wyliczał. - Byłem wykorzystywany też do wszelkich innych robót w gospodarstwie.

Dziewiętnaście dodzin w pracy

W maju 1942 roku, dwa miesiące po czternastych urodzinach chłopaka, zlecono mu również opiekę nad bydłem. Nie tylko doił krowy, oprzątał i wywoził obornik, ale przyjmował nawet porody cieląt.

- Dla mnie zaczęła się najcięższa praca, bo od maja do późnej jesieni bydło przebywało i pasło się w okólniku, który miał kilkadziesiąt hektarów powierzchni – wspominał Józef Karykowski. - Trzeba było wstawać o drugiej w nocy, iść dwa kilometry do zagrody i zgonić krowy na stanowisko udojowe. Spędzałem po wiele godzin w kucki, ze stołkiem przywiązanym jedną nogą do pasa, bo należało szybko przechodzić od krowy do krowy, a tych sztuk musiałem wydoić po 15-18 rano i wieczorem. Praca popołudniowa kończyła się o dwudziestej pierwszej, a o drugiej w nocy znów trzeba było iść. I tak każdego dnia.

Wybawiła go... przepuklina

Razem z czternastolatkiem z Pątnowa przy krowach pracowało jeszcze dwóch chłopaków z Polski. Jeden z nich – Kazimierz Cyrulewski – pochodził z powiatu tureckiego. I na tych trzech nastolatkach, którzy umieli wprawdzie zajmować się zwierzętami hodowlanymi, ale przecież nie w takiej skali i tak dużym obciążeniu.

- Kiedyś w lipcu byłem tak zmęczony, że około trzeciej w nocy w okólniku zmorzył mnie sen. Obudziłem się przerażony po godzinie, ale na szczęście koledzy pomogli mi nadgonić dojenie. Byliśmy przecież kontrolowani i trzeba było na czas przygotować mleko do odstawy do mleczarni.

Ale jesienią zrobiło się jeszcze ciężej.

- Przy oprzędzie trzeba było dźwigać nosidła z paszą dla krów, kiszonkę, brukiew, buraki, wywozić obornik – wspominał Józef Karykowski. - Ta praca dla czternastolatka to była katorga. Zimą trzeba było już o wpół do trzeciej być w oborze. To był środek nocy, więc płakałem, kiedy któryś raz z kolei nie miałem już siły wstać. Mama mnie wtedy tuliła i pocieszała, że po wojnie wyśpię się do woli. Ale teraz muszę iść. Pamiętam do dziś te słowa.

strona 1 z 2
strona 1/2
Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki
Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki
Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole