Skocz do zawartości

Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!

LM.plWiadomościStrzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki

Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki

KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Dodano:
Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki
Konińskie Wspomnienia

Państwo Karykowscy (od lewej): Antoni, Zygmunt, Władysława, Józef

Od dźwigania ciężarów czternastolatek dorobił się przepukliny, którą mu zoperowano w kwietniu 1943 roku. Po zabiegu nie wrócił już do pracy w oborze. Miał wtedy 15 lat.

Tylko jeden ze swastyką

- Majątek był oddalony od miasta, więc na co dzień nie widywaliśmy ani nie mieliśmy do czynienia z umundurowanymi przedstawicielami administracji niemieckiej – opowiadał Józef Karykowski. – A Niemcy pracujący w folwarku traktowali nas różnie. Nie spotykaliśmy się z zagorzałymi faszystami. Tylko jeden ubierał brunatną koszulę i opaskę ze swastyką.

Bardziej zapamiętał Paula Ewerta, traktorzystę.

- Był to jeden z wielu Niemców, którzy potępiali nazizm i czuli się zniewoleni wojną i terrorem, a do nas – Polaków - odnosili się w sposób życzliwy. Obowiązki trzeba było wykonywać, nie było na to żadnej rady, ale ci zwykli Niemcy byli ludzcy.

Babcia Zadłużna

Po pewnym czasie Karykowskim przydzielono dwuarowy ogródek przy czworaku, w którym mogli sadzić i zbierać warzywa dla siebie, a od 1943 roku pozwolono im nawet na uprawę dwustu sztuk tytoniu.

- Ojciec trudnił się tą hodowlą machorki, a babcia Zadłużna pouczyła go, jak przygotować dobry susz.

Maria Zadłużna była wieloletnią pracownicą folwarku, która od 1914 roku przyjeżdżała do Tannenhofu do pracy z domu rodzinnego w Polsce, a po poślubieniu tutejszego Niemca została na stałe. Razem z mężem zajmowali mieszkanie w tym samym czworaku co Karykowscy.

- Jestem jej bardzo wdzięczny za dobroć i troskę o nas.

Zdjęcie pod krawatem

To ona pomogła im przetrwać pierwsze dni i zorientować się, komu w Tannenhofie można ufać a na kogo trzeba uważać.

- Mam tu zdjęcie, które w grudniu 1942 roku zrobił nam były polski jeniec pracujący po sąsiedzku u bauera – przypomniał sobie mój rozmówca. – Chcieliśmy je wysłać rodzinie w Polsce, aby zobaczyli, że żyjemy. Jak babcia Załużna – bo tak na nią dość szybko zaczęliśmy mówić – o tym usłyszała, przyniosła ubrania, mówiąc, że chociaż trwa wojna, a my jesteśmy tutaj cywilnymi niewolnikami, to nade wszystko musimy godnie wyglądać.

Za załączonym zdjęciu 14-letni Józio ma na sobie koszulę, marynarkę i krawat po Aleksandrze Zadłuznym, synu pani Marii.

- Gdy ktoś spojrzy na to zdjęcie, nigdy nie pomyśli, że jesteśmy zesłańcami deportowanymi do niewolniczych robót w III Rzeszy. Takie momenty dodawały nam siły i otuchy, nadziei że wytrwamy wojenne koszmary i powrócimy do kraju – ocenił Józef Karykowski.

Kara śmierci za słuchanie

Maria Zadłużna pomagała Karykowskim podtrzymywać kontakt nie tylko z rodziną.

- Miała w domu niedużego telefunkena i często zapraszała ojca do siebie na słuchanie radia. Do dziś pamiętam, że o godzinie 20. nadawane były informacje z Londynu, bo ojciec pilnował, żeby zdążyć na czas. I za każdym razem widział czerwoną kartkę przyklejoną do odbiornika, na której było napisane, że słuchanie obcych stacji jest zagrożone karą śmierci. W ten sposób na bieżąco wiedzieliśmy, co dzieje się na frontach świata: o obronie Stalingradu, bitwie pod Kurskiem, zdobyciu Monte Casino i kiedy Anders przeprawiał się na Bliski Wschód do Libanu. To była dla nas bardzo ważne, bo dawało nadzieję. Potem dzielilismy się tymi wieściami z francuskimi jeńcami i polskimi zesłańcami cywilnymi, którzy ich zastąpili.

Szczęśliwy wozak

Po operacji przepukliny Józef Karykowski dostał wóz zaprzężony w konie i dostarczał mleko do mleczarni w oddalonym o dziewięć kilometrów miasteczku Lubz. Odbierałe też przesyłki dla administracji dworu, a przy okazji robił zakupy dla innych rodzin, co sprzyjało nawiazywaniu pożytecznych kontaktów.

- Byłem młodym chłopaczkiem, niezamkniętym w sobie, więc panie uśmiechały się do mnie, podobałem się im – mówiąc to Józef Karykowski usmiechał się do wspomnień. - Po kryjomu sprzedaswały mi poza przydziałem kartkowym lepsze wyroby, na przykład kawałek salcesonu albo dobrej kiełbasy.

Wszystko to się skończyło, kiedy Józek został przyłapany na piciu przewożonego mleka, co zostało potraktowane jako kradzież.

- Można powiedzieć, że mi się upiekło, bo nie pobito mnie ani nie ukarano jak Kazia Cyrulewskiego publiczną chłostą.

Złapał za odziewek

Józef Karykowski został robotnikiem folwarcznym, czyli fornalem.

- Dostałem cztery konie, które czyściłem, oprzątałem i wykonywałem z nimi wszystkie obowiązki w polu - harowałem od świtu do nocy. To było znacznie cięższe zajęcie, ale we wrześniu znów uśmiechnęło się do mnie szczęście – wspominał pan Józef. – Zastąpiłem traktorzystę, którego przeniesiono do innego majątku. Robiłem orkę, kopanie kartofli i buraków na wielkich połaciach ziemi. Znów miałem zajęcie od świtu do zmroku, ale że mechanizacja mi imponowała i interesowałem się budową maszyn, praca mi się podobała.

Któregoś dnia w połowie listopada 1944 roku Józef karykowski miał kłopot z uruchomieniem silnika. Wtedy pojawił się przy nim zarządzający administrator Max Hiltzman.

- Wyzwał mnie, złapał za odziewek, mocno mną potrząsł i rzucił parę razy na ciągnik i sobie poszedł – szczegóły całego zdarzenia pan Józef pamiętał tak dokładnie, jakby to się wydarzyło wczoraj.

Mógł obciąć nogi

Jeszcze tego samego dnia przydarzyła się okazja do rewanżu, którą rozeźlony szesnastolatek skrupulatnie wykorzystał.

- Robiłem w polu głęboką orkę pod buraki, kiedy pojawił się Hiltzman w gumowych butach, zielonym płaszczu, kapeluszu i z fuzją na ramieniu jak to Niemcy lubili chodzić. Nagle wskoczył mi na konstrukcję pługa, ale ja tego nie zauważyłem i się nie zatrzymałem. Naraz pług trafił na kamień, maszyna podskoczyła, a ja usłyszałem krzyk. Dopiero wtedy się obejrzałem i zobaczyłem, że leży między skibami bez butów na nogach, a jeszcze dalej fuzja. Obrażony za poranną awanturę nawet się nie zatrzymałem. Było mi wszystko jedno i nawet przyspieszyłem. Poskarżył się ojcu, że mogłem mu obciąć nogi, ale więcej już mi nie dokuczał.

Pod snajperskim ostrzałem

Niewiele brakowało, żeby tuż przed końcem wojny Józef Karykowski stracił na traktorze życie. W kwietniu 1945 roku młodzi żołnierze niemieccy szykowali niedaleko majątku Tannenhof linię obrony przed zbliżającą się Armia Czerwoną.

- Ich snajperzy osadzeni na wysokich drzewach w pobliskich lasach ćwiczyli celność, strzelając w moim kierunku. Gdy prowadziłem orkę pod kartofle, kule świstały mi koło uszu. Tak było kilka razy. Ledwo uszedłem z życiem.

2 maja Niemcy uciekli. Tydzień później Karykowscy wyruszyli w drogę do domu, której pokonanie – częściowo konnym zaprzęgiem, częściowo pociągami – zajęło im dziesięć dni.

- W naszym domu czekali na nas dziadek, babcia i moja siostra Marianna.

strona 2 z 2
strona 2/2
Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki
Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki
Strzelali do niego snajperzy, kiedy orał pole pod buraki
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole