Skocz do zawartości

Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!

LM.plWiadomości„Bo ja zawsze odpłacam tym samym”. Tajemnic tragedii na Solnej część druga

„Bo ja zawsze odpłacam tym samym”. Tajemnic tragedii na Solnej część druga

KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Dodano:
„Bo ja zawsze odpłacam tym samym”. Tajemnic tragedii na Solnej część druga
Konińskie Wspomnienia

Dużo konkretniejsza była informacja od księgowego Andrzeja W. Według niego „Andpol” miał dwóch dłużników w Warszawie. Jeden był winien około 120 mln (84 tys.) zł, z czego spłacił 90 mln (63 tys.). Drugi kupował od koninianina towar na giełdzie na Ochocie i za trzecim razem, kiedy Andrzej W. nabrał już do niego zaufania, dokonał zakupu za 600 mln (350 tys.) zł, po czym nagle stał się nieuchwytny. Jak zeznał księgowy, po kilkakrotnych bezskutecznych staraniach Andrzej W. miał sobie „dać spokój z tym długiem”. W co trudno uwierzyć, bo nawet dzisiaj 350 tys. zł to kwota bardzo duża.

Pewny swoich interesów

Czytelnikom przyzwyczajonym do obecnych realiów może wydać się dziwne, że Andrzej W. wynajmował agencje detektywistyczne do odzyskiwania pieniędzy od kontrahentów, a nawet posuwał się do gróźb pod ich adresem. „Andpol” obracał codziennie olbrzymimi sumami, a księgowy Andrzeja W. zeznał, że mimo różnych kłopotów właściciel firmy „był ostatnio zadowolony, pewny swoich interesów”. Dwa tygodnie wcześniej kupił dla swojej żony forda fiestę za około 10 tys. DM. Cztery dni przed tragiczną sobotą był w Niemczech, gdzie zostawił zaliczkę na czarne BMW 730 dla siebie. Sam miał mówić, że dużą część swojego dolarowego zadłużenie w banku może spłacić od ręki. Księgowy nie raz słyszał, że szef miewa przy sobie po 100-200 tys. marek niemieckich. Skoro nie miał problemów z regulowaniem bieżących należności, dlaczego nie starał się o tytuły egzekucyjne i nie zlecał ściągnięcia wierzytelności komornikom?

Trup słał się gęsto

Zapytałem o to policjanta, który pracował przy wyjaśnianiu sprawy zabójstwa na Solnej.

- To był czas, kiedy otworzyły się granice i pojawiły się zupełnie nowe możliwości zarabiania pieniędzy, również dla środowisk przestępczych. Rosyjska armia wyprowadzała się z Berlina, więc kto mógł ładował dobytek do starej łady czy innego zakupionego u Niemców trupa i wracał do kraju, a ich koledzy po drodze na nich napadali. Mieliśmy więc na drodze krajowej nr 92 po kilkadziesiąt napadów z bronią miesięcznie, a i trup słał się gęsto. Zaczął się import samochodów używanych i przemyt spirytusu, słynnego royala, który wtedy można było kupić w każdym polskim sklepie. Niemców nie interesowało, co się wywozi, bo dla nich to był czysty biznes, że wyjeżdża, natomiast tu wjeżdżało wszystko, na co celnicy pozwoli. A że łapownictwo kwitło, to i fortuny co odważniejszych przedsiębiorców rosły. Jedni dorabiali się w ten sposób milionów, inni... kulki w głowę.

Polska policja nie była na to przygotowana, tym bardziej że zlikwidowano cały pion zwalczania przestępstw gospodarczych, a kiedy zdecydowano się go odtworzyć, musiało minąć kilka lat, zanim ludzie nauczyli się nowych realiów. Za zmianami nie nadążał też system bankowy, więc większość transakcji odbywała się w gotówce. Jeśli ktoś godził się na zapłatę przelewem bankowym, często jeszcze przed wydaniem towaru żądał od nabywcy dokumentu potwierdzającego, że pieniądze zostały już wysłane.

- Nie zapominajmy też, że wtedy nie było jeszcze komórek a wielu ludzi nie miało w domu nawet zwykłego telefonu stacjonarnego. Mało kto posługiwał się komputerem, a Telekomunikacja Polska nie miała technicznych możliwości, żeby nam wydać czyjeś bilingi miesiąc wstecz.

Dom przepisał na córkę gosposi

Na niesolidnych dłużnikach finansowe kłopoty Andrzeja W. wcale się nie kończyły. Jeden z pracowników zeznał na przykład, że słyszał o olbrzymim zadłużeniu szefa w holenderskiej firmie. W trakcie prowadzonego śledztwa wyszło też na jaw, że dom, do którego Andrzej W. wprowadził się jesienią poprzedniego roku, niespełna trzy tygodnie przed zabójstwem został sprzedany Grażynie P., córce wieloletniej gosposi państwa W., która wychowywała się w ich domu od urodzenia i miała status członka rodziny. Oficjalne tłumaczenie tego posunięcia było takie, że dom miał być zabezpieczeniem długów, jakie Andrzej W. zaciągnął jakoby u niej i jej męża.

Zadłużenie Andrzeja W. i spłata zaciągniętych kredytów stały się też powodem kłótni, do jakiej doszło między nim a jego szwagrem na kilka godzin przed wtargnięciem zabójców do domu przy ulicy Solnej. Co ważne, obaj mężczyźni byli sobie bliscy, bo znali się z technikum ogrodniczego, a więc zanim Janusz S. został mężem siostry Andrzeja W. Jakby tego było mało, szwagier zamordowanego mężczyzny pokłócił się z żoną i do domu wrócił dopiero rano. Ale o tym napiszę w trzeciej części tej opowieści: "Uzbrojeni Rosjanie podjechali busem z zasłoniętymi oknami".

Na fot. pierwsza strona konińskiego dodatku do Gazety Poznańskiej z 1 czerwca 1993 r.

strona 2 z 2
strona 2/2
„Bo ja zawsze odpłacam tym samym”. Tajemnic tragedii na Solnej cz. 2
Potwierdzenie
Proszę zaznaczyć powyższe pole