Uzbrojeni Rosjanie podjechali busem z zasłoniętymi oknami
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Zdecydowanie i bezwzględność sprawców mordu na trojgu mieszkańców ulicy Solnej w Koninie wskazywały, że byli to zawodowi zabójcy, ale śledczy nie mogli nie brać pod uwagę również najbliższego otoczenia ofiar. Przecież na dziesięć zabójstw co najmniej w ośmiu przypadkach sprawcami są - jak wyliczyli kryminolodzy - krewni albo bliscy osób zamordowanych.
W tym przypadku największą trudnością było dla śledczych samo środowisko Andrzeja W. - ludzi wykształconych i zaliczających się do elity, a więc i cieszących się społecznym uznaniem i szacunkiem. Jedna siostra była sędzią, mąż drugiej prokuratorem, a ostatni wieczór spędzili u znanego w Koninie lekarza.
- W kręgu konińskich elit, również finansowych, policja nie szuka informatorów, jak to się dzieje w środowiskach przestępczych. Po prostu nie ma takiej potrzeby - usłyszałem od policjanta z wydziału kryminalnego.
Czesała ją koleżanka
W tej sytuacji śledczy mogli się oprzeć jedynie na wiedzy, jaką pozyskali od świadków i bliskich ofiar. Z ich zeznań wynikało, że swój ostatni wieczór państwo W. spędzili u wspomnianego wyżej lekarza. Jak powiedział policjantom 37-letni wtedy mężczyzna, utrzymywali bliskie kontakty towarzyskie i spotykali się przynajmniej raz w tygodniu.
28 maja 1993 roku lekarz podjechał na Solną około szesnastej, żeby zaprosić znajomych na wieczór. Otworzyła mu babcia Kingi i powiedziała, że wnuczka z mężem śpią. Kiedy zjawił się ponownie przed dwudziestą, Andrzej W. otworzył mu ubrany w szlafrok. Umówili się, że podjedzie po nich za jakieś pół godziny, bo u Kingi była jeszcze fryzjerka, która właśnie kończyła ją czesać. O doborze pracowników przez państwa W. i relacjach z nimi wiele mówi fakt, że tą fryzjerką była koleżanka Kingi ze szkoły podstawowej. Przyjeżdżała ją czesać w każdy piątek, a przy okazji dbała również o fryzurę babci. W czwartek z kolei przychodziła jej mama, która zajmowała się sprzątaniem domu.
Majątek przepisał
W znajdującym się niedaleko kościoła farnego domu zaprzyjaźnionego lekarza państwo W. zastali również siostrę Andrzeja z mężem. Panowie byli przyjaciółmi jeszcze od lat szkolnych, razem bowiem kończyli to samo technikum ogrodnicze.
Tym razem doszło między nimi do spięcia, bowiem Janusz S. zarzucał szwagrowi, że niewystarczająco przejmuje się zaciągniętymi w bankach kredytami. A wiedział, o czym mówi, bo sam spłacał bankom niewiele mniejsze kwoty. „Już ja więcej myślę o twoim zadłużeniu, niż ty” miał mu powiedzieć. „Majątek przepisałem i się tym nie przejmuję” brzmiała riposta Andrzeja W., co - jak się przekonali policjanci po przejrzeniu dokumentów - było faktem. Kilkanaście dni wcześniej mężczyzna notarialnie przekazał nieruchomość córce wieloletniej gosposi swojej rodziny, która wychowywała się u nich od urodzenia. Oficjalne tłumaczenie tego posunięcia było takie, że dom miał być zabezpieczeniem długów, jakie Andrzej W. zaciągnął jakoby u niej i jej męża. Można przypuszczać, że podobne motywacje stały za wnioskiem, jaki matka Andrzeja W. złożyła do sądu w lutym 1993 roku, zmierzającym do unieważnienia umowy sprzed dwudziestu lat, na podstawie której jej syn użytkował rodzinne gospodarstwo. Tłumaczyła, że chce je sprzedać, bo syn nie jest wobec niej „taki jak powinien”.
Sucha pieluszka
Jako pierwsi opuścili przyjęcie W., odwiezieni samochodem przez gospodarza. W tym czasie między siostrą Andrzeja W. i jej mężem doszło do kłótni. Kobieta miała do męża pretensje o niepotrzebną jej zdaniem scysję z bratem o pieniądze. Rezultat był taki, że Janusz S. nie wrócił z żoną do domu. Pojawił się w nim dopiero o szóstej rano, a półtorej godziny później odebrał telefon z informacją o śmierci szwagra. Natychmiast powiadomił żonę, a ta swoją matkę i w trójkę pojechali na Solną. Siostra Andrzeja W. pierwsza wbiegła do domu brata. Kiedy wyszła, mąż zobaczył, że ma dziecko na rękach. Natychmiast pojechali z niemowlęciem do zaprzyjaźnionego lekarza.
- Dziecko nie miało zmoczonej pieluszki, co po nocy rzadko się spotyka - powiedział później policjantom.
Zagadkowa nieobecność
Kilkugodzinna nocna nieobecność w domu Janusza S. akurat w godzinach, kiedy doszło do okrutnego mordu przy ulicy Solnej, kazały śledczym zapytać mężczyznę o to, gdzie i ewentualnie z kim spędził ten czas. Mężczyzna nie miał innego wyjścia, jak przyznać się do pozamałżeńskiego związku, o którym zresztą jego żona miesiąc wcześniej się dowiedziała. Śledczy uznali jego wyjaśnienia za wiarygodne i skreślili z listy podejrzanych.



