Formalnie byli właścicielami
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Kiedy właściciele kamienicy przy ulicy Kolejowej 16 wrócili po wojnie do swojego domu, zastali tam... kolejarzy. - To porzucone mienie poniemieckie - usłyszeli od władz PKP.
Rzeczoną kamienicę (fot. nr 1: zdjęcie z początku lat siedemdziesiątych) wybudował w latach 1932-33 Piotr Sroczyński (fot. nr 2: zdjęcie zrobione w 1945 r.), którego historię można przeczytać TUTAJ. Mieszkania wynajął lokatorom, a sam osiadł z rodziną w Anielewie. Podczas wojny, jak wielu obywateli II Rzeczpospolitej, został stamtąd wysiedlony najpierw do Wieruszewa, potem do Siąszyc pod Rychwałem, aż okupanci wywieźli go na roboty do Essen. Jego najstarszy syn Marian (fot. nr 3: zdjęcie z 1940 r.) miał więcej szczęścia, bo został skierowany do pracy w gospodarstwie jednego z miejscowych Niemców. - Tata opowiadał, że w ramach szarwarku (szarwark: przymusowe świadczenie nakładane na ludność wiejską w postaci robót publicznych - dop. red.) woził z Niemcem cegły na budowę bloków kolejowych - pamięta Maria Chmielewska, młodsza z dwóch córek Mariana Sroczyńskiego.
Pokój z kuchnią dla właściciela
Kiedy rodzina Sroczyńskich tułała się po obcych kątach, okupanci urządzili w ich kamienicy hotel dla kolejarzy. Stąd po wyzwoleniu wzięło się przekonanie PKP, że kamienica, podobnie jak siedem pobudowanych w sąsiedztwie podczas okupacji bloków, jest częścią kolejowego majątku.
Piotr Sroczyński nie miał wtedy dostępu do dokumentów i swoje prawo własności udowadniał, przedstawiając w marcu 1946 r. czterech świadków, wśród których znalazł się Leon Jakubowski, właściciel sąsiedniej kamienicy pod nr 14. Ich pisemne oświadczenie (il. nr 4) pomogło o tyle, że Marian Sroczyński razem ze swoją świeżo poślubioną żoną Lucyną (oboje na fot. nr 5) trzy miesiące później wprowadził się do jednego pokoju z kuchnią na pierwszym piętrze kamienicy. Razem z nimi w czterech mieszkaniach żyło tam jeszcze siedem kolejarskich rodzin, z których każda zajmowała dwa pomieszczenia: pokój i kuchnię.
Rodzina przystosowała się do nowej rzeczywistości. Piotr Sroczyński został rolnikiem, a razem z rodzicami zamieszkała ich córka Krystyna. Michał, młodszy z synów, został z czasem dyrektorem gorzelni w Grodźcu, gdzie pracował aż do emerytury. - Marian pracował po wojnie najpierw w ekspedycji kolejowej, potem w PGR Maliniec, aż zatrudnił się w kopalni, gdzie do emerytury zajmował się wywłaszczeniami - opowiada pani Lucyna.
Ziemia za dywan
Formalnie Sroczyńscy byli właścicielami sporej nieruchomości, ale swoją własnością nie mogli swobodnie dysponować. Nie mieli wpływu ani na to, kto mieszka w ich kamienicy, ani też na wysokość płaconego przez lokatorów czynszu, który miał charakter czysto symboliczny. Ale jako właściciele byli zobowiązani do dbania o swoją posesję
W jednym pokoju robiło im się coraz ciaśniej wraz z pojawieniem się córek: Anny w 1947 r. i Marii w 1950. Dzieci chodziły do kolejowego przedszkola (pamiętają, że kierowniczką była wtedy Kazimiera Itman) i Szkoły Podstawowej nr 4. - Zimą jeździliśmy na łyżwach po Kolejowej - wspomina Anna. - Jak śnieg pokrył kocie łby, to robiła się mniej więcej równa powierzchnia. Jeździliśmy też po zamarzniętym stawie przy torach.
Mimo czynionych starań, długo nie udawało im się powiększyć zajmowanej przestrzeni, za to w połowie lat pięćdziesiątych państwo zaczęło zajmować ich działkę pod budowę nowego osiedla. Najpierw na polu Sroczyńskich wybudowano blok przy Energetyka 6 (ten za dawną Kolorową), do którego mieszkańcy wprowadzili się jesienią 1956 r., a kilka miesięcy później oddano do użytku blok przy Energetyka 2, zaraz za ich kamienicą. - Zapłacili nam za ziemię symboliczną kwotę - wspomina Lucyna Sroczyńska. - Nawet dywanu za to nie kupiliśmy.
Wychodek pod oknami
Nowe sąsiedztwo jeszcze bardziej skomplikowało życie państwa Sroczyńskich, choć zdarzały się i korzyści. - Wychodki z wielkim murowanym szambem znajdowały się w szczycie zabudowań gospodarczych, tuż pod oknami nowego bloku (fot. nr 6; fot. nr 7 pokazuje stan dzisiejszy) - wspomina Anna Kędzierska, starsza z córek Mariana Sroczyńskiego - i nie mogli tego tak zostawić, więc zrobili wspólną kanalizację. Ale jak w bloku zabrakło wody, to wszyscy czerpali ją z naszej studni (fot. nr 8), a kiedy od strony Energetyka uruchomili targowisko, wozacy poili przy niej swoje konie.



















