Polacy spięci, Niemcy na luzie. Długa historia pewnej znajomości
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Trzydzieści lat temu Konin w Unii Europejskiej był dla nas odległym marzeniem, więc chwytaliśmy łapczywie każdą okazję, żeby znaleźć się bliżej lepszego i bogatszego dla nas wówczas świata. Po upadku poprzedniego ustroju w Polsce a potem muru berlińskiego zachodnia Europa stanęła przed nami otworem, a drzwiami do niego były Niemcy.
To dlatego na samym początku lat dziewięćdziesiątych I Liceum Ogólnokształcące (wtedy to był Zespół Szkół Ogólnokształcących i Ekonomicznych) w Koninie rozpoczęło współpracę z gimnazjum w Celle w Dolnej Saksonii. W rezultacie Niemcy wracali do domu utuczeni polską gościnnością i zaskoczeniu, że polnische Wirtschaft (polska gospodarka) wcale nie jest taka najgorsza, a nasi uczniowie przeżyli szok, że niemieccy uczniowie nie noszą zbyt dużo książek ani zeszytów.
Niemcy z koniem w herbie
Choć Celle leży ponad pół tysiąca kilometrów od Konina, łączyło je i łączy z naszym miastem wiele podobieństw. Trzydzieści lat temu miało 80 tys. mieszkańców, nieco tylko mniej od Konina. Do dzisiaj ich liczba stopniała do 70 tys., gdy w Koninie – do nieco tylko ponad 64 tys. osób. Oba miasta mają za herb białego konia na czerwonym tle, leżą nad rzekami (Celle nad rzeką Aller) i prawa miejskie uzyskały mniej więcej w tym samym czasie. Podstawowa różnica jest taka, że Celle jest zabudowane głównie domami jednorodzinnymi i bloki należą tam do rzadkości. No i mają tam kilka zaskakujących nazw ulic: Okrągła jest całkowicie prosta, a ulica Górska jest zupełnie płaska.
Wymianę szkół zainicjowała Agnieszka Matyba, w 1991 roku świeżo upieczona nauczycielka języka niemieckiego w konińskiej szkole. Sama trafiła do Celle jeszcze jako studentka i po podjęciu pracy odnowiła nawiązane w tamtejszej szkole kontakty. Po raz pierwszy młodzież z Konina wyjechała do Niemiec 19 października 1991 roku. Rewizyta tak się spodobała jednemu z niemieckich uczniów, że po ukończeniu Kaiserin–Auguste–Victoria Gymnasium w Celle przyjechał do Konina na cały rok szkolny 1993/1994 i zatrudnił się jako lektor języka niemieckiego w tutejszym liceum.
Oszczędni bez przesady
Uczniowie konińskiej szkoły, z którymi rozmawiałem przed laty o polsko-niemieckiej wymianie, byli w Celle w listopadzie 1995 roku. Mieszkali w domach swoich rówieśników...
- Chciałam mieszkać sama u swoich niemieckich gospodarzy. To wymusza stałe posługiwanie się ich językiem. Większy jest wtedy pożytek z takiego pobytu – tłumaczyła mi wtedy Agata Malecha z IVd.
Dziewczyna zamieszkała kilka kilometrów za Celle, u rodziny prowadzącej tradycyjne gospodarstwo rolne, a konkretnie produkującej mleko. Do szkoły zawoził ją dziewiętnastoletni Tim Dehlmann.
- To są bardzo gościnni i serdeczni ludzie. Poznałam innych Niemców, niż funkcjonujący w naszym kraju stereotyp wywiedziony z wojennych filmów, patriotycznej literatury i ksenofobicznych żartów. Prawdą jest na przykład, że Niemcy są oszczędną nacją, ale nie zauważyłam w tym przesady. Akurat mają w sobie tego tyle, ile potrzeba. Zdaje się, że jest to raczej cecha, której należy zazdrościć, a nie wykpiwać – mówiła z przekonaniem.
Mogliśmy tylko pomarzyć
Zdecydowanie też różniła się od konińskiej – i to nie tylko wyposażeniem – szkoła w Celle.
- Chodziliśmy na zajęcia przez siebie wcześniej wybrane. Ja na przykład na chemię, język niemiecki i angielski oraz muzykę – wyliczała Agata. - Zaimponowały mi doświadczenia chemiczne. Oni mają taki sprzęt, o którym my możemy sobie tylko pomarzyć. Na zajęciach muzyki z kolei uczą się czytać i zapisywać nuty, śpiewać, dyrygować. Ja gram na pianinie, więc mogłam w tym wszystkim czynnie uczestniczyć. W szkole działa zespół muzyczny, kilka chórów, big-bandów, zespół jazzowy. Zajęć z muzyki nikt w tej szkole nie traktował jako mniej ważnych.
Dziękujemy za Twoją obecność. Obserwuj nas w Wiadomościach Google, aby być na bieżąco.






