Luksus w latrynie czyli jak i dlaczego doszło do upadku kamienicy Essowej
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

„U kresu swoich dni nie mogła już wypuszczać się po ciemku do wspólnej latryny. Dopiero o świcie, opatulona po szyję w ciepły szlafrok z owczej wełny, wędrowała wietrznym lub dżdżystym gankiem, wiszącym nad studnią podwórka, żeby opróżnić nocnik do dziury w oślizgłej od chłodu klozetowej desce”.
Ta krótka scenka ze Stefanią Esse, naszkicowana na jednej z pierwszych stron najnowszej powieści Zbigniewa Wojnarowskiego „Szczurowisko” (można ją kupić w księgarni MAWI przy ulicy 3 Maja w Koninie), pokazuje w skondensowanej formie klimat i pewien - dość istotny bądź co bądź - aspekt mieszkania w przepastnej kamienicy Stefanii Esse, którą zacząłem opisywać w tekście „Kamienica Essowej czy Petschków? Historia budynku i 48 ubikacji”.
Drewniane krużganki
Zacznijmy od tego, co stanowiło najbardziej charakterystyczną cechę tego budynku. Mowa o galeriach na piętrach, które pozwalały przemieszczać się z mieszkania do mieszkania na tym samym poziomie. To właśnie one czynią z kamienicy Essowej „koniński Wawel”, jak mówią i piszą o nim z emfazą niektórzy jej miłośnicy, na wyrost nazywając owe galerie „krużgankami”.
Pozostanę przy galeriach, bo choćby przez odwołanie się do ich podobieństwa do ciągów komunikacyjnych funkcjonujących od ponad pół wieku w budynku rozciągającym się między obecnym dworcem kolejowym a Alejami 1 Maja, łatwo można uzmysłowić czytelnikom, jak owe galerie wyglądały. Choć pamiętać musimy o zasadniczej różnicy, bo galerie w kamienicy Essowej były przez większość czasu jej istnienia drewniane podobnie jak w wielu innych piętrowych budynkach na terenie lewobrzeżnego Konina. Do dzisiaj znaleźć można taką konstrukcję na przykład przy ulicy Słowackiego. W kamienicy, o której mowa, galerie te miały swoje uskoki, podwyższenia i obniżenia, co wynikało z budowy poszczególnych jej części w różnym czasie i według odmiennych projektów. To dlatego była tak atrakcyjnym miejscem do zabawy dla dzieci.
Zakamarki, przejścia i załomy
Nie udało mi się precyzyjnie ustalić, kiedy rozebrano drewniane galerie. Bardzo możliwe, że stało się to po 1979, kiedy budynek przejęło w administrację Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej (PGKiM). Opieram się na wypowiedzi jednego z lokatorów, który w 1986 roku powiedział Lechowi Gołyńskiemu z Przeglądu Konińskiego, że „teraz" zastąpiono je betonowymi.
Nowe galerie były bezpieczniejsze, ale widziana od podwórza konstrukcja budynku straciła na lekkości. Za to uderzenia stóp biegających po nich dzieci już nie wywoływało takiego hałasu, jak to było wcześniej.
- Bardzo lubiliśmy się ganiać po tych schodach. Bawiliśmy się w berka i w chowanego, bo tam przecież było mnóstwo zakamarków, przejść i załomów - usłyszałem od Małgorzaty Sokołowicz, która mieszkała w kamienicy u swoich dziadków Franciszka i Kazimiery Dymowskich. - I te łomoty po drewnianych schodach i gankach! Ja myślę, że ci wszyscy mieszkańcy to mieli nas po prostu dosyć!
Luksus w latrynie
Jak w całym starym Koninie (z jednym wyjątkiem), w kamienicy Essowej nie było ani wody bieżącej, ani kanalizacji. Sprzed 1939 roku pochodzi anegdota o Jacku Offenbachu, który nie mogąc się zmusić do korzystania z drewnianych latryn podczas wizyt u konińskich krewnych, codziennie jeździł dorożką na dworzec kolejowy, żeby tam załatwić potrzeby fizjologiczne. W porównaniu z mieszkańcami większości konińskich domów, którzy przy niesprzyjającej pogodzie do położonych poza domem latryn przedzierali się czasami przez śnieg czy błoto, lokatorzy kamienicy Essowej mieli wręcz luksusowe warunki. Wprawdzie w celu dotarcia do ubikacji musieli wyjść z mieszkania i przespacerować się w najgorszym razie galerią kilkanaście metrów, więc byli wtedy narażeni na mróz, zimny wiatr czy opady, ale było to jednak czymś zupełnie innym niż droga przez podwórze. Choć wieczorem czy nocą nie powinni zapominać o latarce czy choćby świeczce, bo galerie nie były oświetlone.
Mamy swój kanał nadawczy. Dołącz i bądź na bieżąco!




