„Bo ja zawsze odpłacam tym samym”. Tajemnic tragedii na Solnej część druga
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

List znaleziony 29 maja 1993 roku w domu Andrzeja W. razem z jego martwym ciałem oraz zwłokami żony i jej babci wydawał się obiecującym tropem. A co najważniejsze - był podpisany.
Wynikało z niego, że koninianin groził autorowi listu, a ten nie pozostawał mu dłużny: „A co do strachów, którymi tak karmisz nasze panie, to proszę cię nie zagalopuj się, bo mógłbyś tego żałować do końca życia. Masz nowy dom, kochającą żonę i małe dziecko. Pilnuj tego, bo ja zawsze odpłacam tym samym”.
Pomarańcze się popsuły
Dość szybko ustalono, że podpisany pod tym lakonicznym tekstem Tadeusz D. to 44-letni mieszkaniec podwarszawskiego Piaseczna. Jak się okazało interesy z Andrzejem W. zaczął robić wiosną 1992 roku, kiedy był właścicielem hurtowni w Górze Kalwarii. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale wciąż były jeszcze wtedy towary, o które na rynku było trudno i sprzedając je, hurtownicy wpychali odbiorcom produkty, które im schodziły gorzej.
Tak było z białą i czerwoną kapustą, wraz z którą Andrzej W. sprzedał mieszkańcowi Piaseczna pomarańcze. Towar wówczas bez wątpienia chodliwy, ale też - jak wyjaśnił policjantom przesłuchiwany na tę okoliczność Tadeusz D. - szybko się psujący. Kupiec złożył reklamację, więc koninianin przyjechał do niego sprawdzić sytuację osobiście, ale panowie nie osiągnęli porozumienia. Ponieważ Tadeusz D. nie chciał zapłacić za towar 96 ówczesnych milionów złotych (kwota ta odpowiada w przybliżeniu dzisiejszym 67 tys. zł), Andrzej W. zadzwonił do jego konkubiny.
Detektyw i ugoda
- Najpierw jej naubliżał, a potem zagroził, że zabije ją razem z dzieckiem - tłumaczył policjantom swoje wzburzenie mężczyzna.
Jakiś czas po tym incydencie Andrzej W. miał wysłać do Piaseczna czterech mężczyzn. Tadeusza D. nie było wtedy w domu, a jego partnerka nie chciała wpuścić intruzów, co skończyło się szarpaniną w przedpokoju, którą kobieta bardzo mocno przeżyła. Ponieważ Andrzej W. nie odbierał telefonu, zdesperowany dłużnik wysłał cytowany na wstępie list.
Jak się okazało, w sierpniu 1992 roku W. zatrudnił detektywa z Torunia, który dokładnie sprawdził hurtownika z Piaseczna i w rezultacie doprowadził do ugody między panami. Po wyjaśnieniu tych faktów policja skreśliła Tadeusza D. z listy podejrzanych. Kiedy policjanci go przesłuchiwali, mężczyzna nie miał już pracy ani firmy. Jak wielu w tamtym czasie zbankrutował i został z długiem w wysokości 100 ówczesnych milionów (dzisiaj 70 tys.) złotych. Jego kapitałem było tylko podstawowe wykształcenie i zawód kierowcy.
Ćwierć miliona dolarów
Andrzej W. był człowiekiem z zupełnie innego świata niż jego piaseczyński kontrahent. Pochodził z rodziny, która jeszcze za poprzedniego ustroju pozostawała wierna prywatnej inicjatywie - jak wówczas się mówiło o ludziach pracujących na swoim. Początkowo gospodarował w 12-hektarowym rodzinnym sadzie w Ślesinie, do czego miał fachowe przygotowanie zdobyte w technikum ogrodniczym. Kiedy okazało się, że za nieduże pieniądze może wynająć magazyny do przechowywania owoców, zdecydował się otworzyć hurtownię cytrusów nazwaną od jego imienia „Andpol”. W grudniu 1990 r w warszawskiej centrali PKO BP wziął kredyt i za ćwierć miliona dolarów kupił trzy ciągniki siodłowe DAF z naczepami, którymi towar przywożony z Holandii dostarczał na giełdy do Warszawy, Poznania, Łodzi, Wrocławia, Kalisza, Bydgoszczy i Trójmiasta.
Do maja 1993 roku zdążył spłacić prawie jedną trzecią pożyczonej sumy, ale wciąż był winien bankowi 170 tys. USD. Zalegający z zapłatą za towar dłużnicy na pewno mu nie ułatwiali wywiązywania się z tego obowiązku. A Tadeusz D. nie był jedyny.
Odpuścił 350 tys. zł?
Niemal każda z przesłuchiwanych przez policję osób słyszała o kimś, kto był winien Andrzejowi W. jakieś pieniądze. Właściciel kantoru wymiany walut, u którego koniński hurtownik regularnie kupował niemieckie marki, słyszał od niego, że jakaś firma zalega mu z zapłatą 400-500 mln (dzisiaj to 280-350 tys.) zł. Siostrze wspominał o kontrahencie winnym mu 800 mln (dzisiejsze 560 tys.) zł. Z kolei jeden z kierowców opowiadał policjantom, że w sierpniu 1992 roku ktoś z firmy zawiózł na polecenie szefa na warszawską giełdę towar za pół miliarda (350 tys.) zł i dostał za niego tylko 200 mln (140 tys.) zł zadatku, a reszty kontrahent nigdy nie zapłacił.
Kilkaset ofert mieszkań na wynajem i sprzedaż – znajdź idealne lokum szybko, bezpiecznie i w dobrej cenie!





