Był gimnazjalistą, kiedy aresztowało go UB. Więzienna historia Jana Sznajdra
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Wyroki powyżej dziesięciu lat, w więc taki, jaki otrzymał Jan Sznajder, były zaliczane do wysokich, które odbywano w więzieniach o ciężkim rygorze, bez możliwości pracy i jakichkolwiek ulg. W ten sposób Jan Sznajder 29 maja 1951 roku został więźniem Wronek. Za niespełna miesiąc miał skończyć 18 lat.
Siedmiu w jednoosobowej celi
Trafił do celi jednoosobowej o powierzchni około osiem metrów kwadratowych. Ale Wronki to było ciężkie więzienie, więc w tej maciupeńkiej klitce upychano od pięciu do ośmiu osadzonych.
- Sienniki do spania rozkładało się bezpośrednio na betonowej podłodze – opowiadał Jan Sznajder. - Po krótkim czasie słoma zmieniała się w sieczkę ścierającą się na pył i wzniecającą tumany kurzu. Ta sieczkowata substancja przemieszczała się wewnątrz siennikowego worka, wypełniała jego rogi i praktycznie od betonowej podłogi odgradzała śpiących jedynie grubość płachty siennika, uzupełniana kocem. Bardzo uciążliwe były częste rewizje w celach, tak zwane kipisze. Odbywały się one przeważnie w czasie trwania spaceru. Wracaliśmy i nie poznawaliśmy naszej celi: na środku piętrzył się stos złożony z porozrzucanych koców, misek, ręczników, wybebeszonych sienników. Nad tym wszystkim unosiły się tumany kurzu z siennikowej sieczki.
W czasie dwuletniego pobytu Jana Sznajdra we Wronkach tylko raz umożliwiono im zmianę słomy w siennikach.
- Zimą koc, a właściwie cienka derka nie bardzo chroniła nas przed zimnem. Zziębnięci, spaliśmy po dwóch, mając w ten sposób możność przykrycia się dwoma kocami. Zmiana pozycji śpiących musiała odbywać się równocześnie. Wszyscy musieli leżeć na tym samym boku, bowiem sienników mieliśmy tylko pięć, a nas było siedmiu.
Pluskwy i zupa z brukwi
Pluskiew w celi było tyle, że nie sposób było je wytępić, a na dodatek na celę przypadało tylko około 5-6 litrów wody – tyle, ile mieściło się w dzbanku. To musiało wystarczyć do umycia siebie, naczyń i... podłogi. Nie trzeba dodawać, że latem wszystkim dokuczało okrutne pragnienie. Do łaźni chodzili tylko raz na dwa tygodnie.
„Dzienne menu składało się z 0,25 kg gliniastego czarnego chleba; ciemnego, niesłodzonego płynu naśladującego kawę, oraz zupy, którą dostawaliśmy na obiad i kolację. Były to na zmianę: kasza, grochówka, kapuśniak, zupa z buraków i zupa z brukwi. Do dziś z obrzydzeniem wspominam smak i wygląd tych zup. Do kaszy dodawano czasem dorsze. Dorsze gotowano w całości. W zupie pływały całe szkielety i wnętrzności” – można przeczytać w więziennych wspomnieniach Jana Sznajdra.
Bibliotekarz i grypsy
We Wronkach Jan Sznajder spędził dokładnie jeden rok, dziewięć miesięcy i dziesięć dni, a w marcu 1953 roku został przewieziony do więzienia w Rawiczu. Tam dowiedział się, że w wyniku amnestii zmniejszono mu karę o połowę – do sześciu lat. Któregoś dnia w zabawkarni, gdzie nasz osadzony pracował, zjawił się kierownik biblioteki więziennej w stopniu sierżanta, zostawiając katalog książek oraz druk, na którym należało wypisać swoje personalia oraz numery książek, jakie chciałoby się otrzymywać.
- W rubryce „zawód”, niewiele się zastanawiając, wpisałem bibliotekarz. Bo co miałem wpisać? Gimnazjalista? – opowiadał Jan Sznajder.
Kilka dni później został wywołany z pracy przez wychowawców więziennych i przeniesiony do biblioteki. I kiedy siedem miesięcy później (19 października 1953 r.) zmieniono mu miejsce odsiadki na Potulice, powołał się na biblioteczną praktykę w Rawiczu i również tutaj trafił do wypożyczalni książek. Nie pobył w niej jednak zbyt długo, bo doniesiono, że w książkach przemyca grypsy, które umożliwiały więźniom kontakty.
Landszafty dla strażników
Praca w kartoflarni, gdzie trafił, była bezgranicznie nudna, więc na początku 1954 roku wystarał się o przeniesienie do świetlicy.
- Praca w świetlicy polegała przede wszystkim na wykonywaniu drewnianych zabawek dla dzieci funkcjonariuszy więziennych i malowaniu landszaftów, które zdobić miały mieszkania funkcyjnych strażników – usłyszałem od Jana Sznajdra. - Wykonywaliśmy też plansze i transparenty na użytek władz więziennych. Ja zajmowałem się malowaniem zabawek i rysowaniem ich projektów.
Ale i stąd został usunięty, ponieważ usiłował wybronić kolegę przed wysłaniem do kamieniołomów. Za karę przeniesiono go do baraku dla niepracujących. Ale we wrześniu tego samego roku, kiedy zbliżał się czas przygotowywania prezentów gwiazdkowych dla dzieci funkcjonariuszy więziennych, przypomniano sobie o umiejętnościach plastycznych Jana Sznajdra. Znów znalazł się w świetlicy, której działalność władze więzienne kilka miesięcy później poszerzyły o teatr. Nasz bohater zdobył kolejne doświadczenia, grając w kilku przedstawieniach i przygotowując do nich dekoracje.
Wolność po pięciu latach
25 lutego 1955 roku. Tę datę zapamiętał bardzo dokładnie, bo to właśnie tego dnia do celi wszedł oddziałowy i kazał mu się pakować. „Idziesz na wolność” - usłyszał Jan Sznajder. Nie chciał początkowo uwierzyć, bo miał przed sobą jeszcze półtora roku do odsiedzenia i był przekonany, że kolejny raz przeniosą go do innego zakładu karnego. A jednak jeszcze tego samego dnia zaprowadzono go do baraku numer piętnaście, z którego wychodziło się na wolność. Co nastąpiło nazajutrz, 26 lutego.
- Moje zwolnienie, jak się okazało, było spowodowane prośbą rodziców skierowaną do Prokuratury Wojskowej – wspominał Jan Sznajder.
Wojskowy Sąd Rejonowego w Poznaniu wyraził zgodę na warunkowe zwolnienie z odbywania kary po odbyciu przez skazanego połowy jej wymiaru.
- W moim wypadku po zastosowaniu amnestii zmniejszającej mój wyrok z dwunastu do sześciu lat więzienia miałem prawo - oczywiście teoretycznie - wyjść po trzech latach. Niestety, sąd i prokuratura wojskowa nie skorzystały z zastosowania wobec mnie tego prawa w oznaczonym terminie.
Nie miał pretensji
Na koniec opowieści o latach spędzonych w stalinowskich więzieniach Jan Sznajder podzielił się ze mną zaskakującą refleksją:
- Nie mam pretensji do ówczesnej władzy za skazanie mnie na pobyt w więzieniu. Walczyłem przeciw tamtemu porządkowi rzeczy i absurdem byłoby, gdyby moi przeciwnicy głaskali mnie za to po głowie. Z ich punktu widzenia tacy jak ja musieli być izolowani, bowiem nasze istnienie zagrażało ich istnieniu. Mam pretensje o bestialski sposób traktowania nas w więzieniu. O okrucieństwo fizyczne i moralne stosowane wobec nas, więźniów politycznych, którzy mieli odwagę przeciwstawiać się panującemu w Polsce terrorowi i bezprawiu.
Pierwszą pracą, jaką po opuszczeniu więzienia Jan Sznajder podjął w Koninie, była – a jakże inaczej – biblioteka. I nie tylko to więzienne doświadczenie przydało mu się w życiu. O czym napiszę przy innej okazji.
Masz ważną informację? Prześlij nam tekst, zdjęcia czy filmy na WhatsApp - 739 008 805. Kliknij tutaj!



