Dziwił się, że dzieci przed nim uciekają, nawet własnemu ojcu groził, że go zastrzeli
KONIŃSKIE WSPOMNIENIA

Kiedy armia niemiecka zajęła Konin, Ludwik Lausz zmienił pisownię nazwiska na Ludwig Lausch i zatrudnił się w Ordnungspolizei w Koninie. Z Genowefy miał do pracy aż szesnaście kilometrów, więc przeniósł się do miasta. Nie musiał w tym celu kupować ani wynajmować mieszkania, bo wystarczyło, że zaszedł do domu, gdzie mieszkała do tej pory polska rodzina i kazał opróżnić potrzebne mu pomieszczenia.
Padło na dom Bronisławy Zielińskiej przy Goethe Strasse 9, tak przed wojną jak i obecnie – Staszica (fot. 1). Dzisiaj w tym samym miejscu i pod tym samym numerem stoi nowy budynek, w którym mieści się sklep z rowerami (fot. 2). Lausch zajął mieszkanie na parterze, po lewej stronie od wejścia. Dowiedziałem się tego od Józefa Janusza Dobreckiego (w Koninie bardziej znanego pod tym drugim imieniem), który jest wnukiem właścicielki domu. I starszym bratem Krzysztofa, który czasy wojny i Ludwiga Lauscha zna tylko z rodzinnych opowieści:
- Ja wiem tylko, że ten przerażający facet pozostał w licznych wspomnieniach i anegdotach rodzinnych – usłyszałem od niego. – Na pewno więcej opowie panu mój brat.
Dobierał się do poziomek
Te wspomnienia i anegdoty to eufemizm, bo Lauschem po wojnie po prostu straszono dzieci, był bowiem przykładem wyjątkowej bezwzględności i okrucieństwa.
- Lausch to był bandyta po prostu – potwierdza słowa młodszego brata Józef Dobrecki. - Ludzie długo po wojnie straszyli nim dzieci. Być jak Lausch to było coś bardzo obciążającego. Potrafił zastrzelić na ulicy młodego człowieka, bo nie zszedł mu z chodnika albo mu się nie ukłonił. Wszyscy bardzo się go bali. – Mój rozmówca urodził się w 1939 roku, więc i on powtarza to, co usłyszał od dorosłych.
Bardziej pamięta Bertla (zapewne Bertolda), najstarszego syna Ludwiga Lauscha, z którym bawił się przed domem, choć historię, którą mi opowiedział, też pewnie usłyszał od dorosłych. Historię, dodajmy, z dzisiejszej perspektywy zabawną, ale przecież podczas wojny nie takie błahostki decydowały o czyimś życiu lub śmierci.
– Któregoś razu mama zdobyła gdzieś trochę poziomek i zrobiła mi z nich deser. Wyszedłem na podwórze i wtedy Berciu, jak na niego mówiłem, zaczął mi się do tego deseru dobierać. „Ty cholelny Belcio, psiakrew” miałem do niego powiedzieć, co mamę i babcię tak przeraziło, że natychmiast zabrały mnie do mieszkania.
Dzieci zbierały kamienie
Więcej z tego czasu pamięta Irena Zalewska (na fot. 3 z 1943 roku), która mieszkała wtedy z rodzicami w drewnianym domu niejakiego Hillera, sąsiadującym od strony elektrowni z domem Bronisławy Zielińskiej. Jej ojciec Franciszek Wolski był szewcem, a dziesięcioletnia w chwili wybuchu wojny dziewczynka była jego najmłodszym dzieckiem. I już wtedy mała Irena, tak jak inne polskie dzieci, została zaangażowana przez niemiecką III Rzeszę do pracy.
– Codziennie musieliśmy się stawić w wyznaczonym miejscu, gdzie czekał na nas taki starszy pan. Potem prowadził nas na pole, z którego przez dwie godziny zbieraliśmy kamienie. Jak oczyściliśmy jedno pole, prowadził nas na następne. I dopiero po tej pracy mogliśmy się bawić. Graliśmy w klasy, w piłkę, albo mamie fajerkę się brało, zahaczało kawałkiem odpowiednio wygiętego drutu i tak się goniło. I któregoś razu ona (dopiero z dokumentów dowiedziałem się, jak Melida Lausch miała na imię, ponieważ Irena Zalewska nie mówiła o niej inaczej jak „ona” – dop RO) zgarnęła mnie sprzed domu, żebym się zaopiekowała jej małym synkiem, bo mąż był na służbie, a ona musiała iść do dentysty.
Darmowa siła robocza
Od tego czasu Lauschowie coraz częściej angażowali Irenę do opieki nad dzieckiem. A na początku 1941 roku przenieśli się do Czarkowa, bo Ludwig Lausch lepiej czuł się na wsi. Zajął gospodarstwo Władysława Jakubowskiego (dzisiejszy widok na fot. 4-7), a jego samego z rodziną – żoną i trójką dzieci - przeniósł do państwa Sroczyńskich, sąsiadów również mieszkających przy ulicy Poznańskiej ale w obniżeniu terenu (fot. 8). Dzięki temu miał pod ręką darmową siłę roboczą.
SLA zniszczyło jego ciało, ale nie umysł. Ojciec trójki dzieci potrzebuje pomocy












